Pożegnawszy się ze swoim towarzystwem, chwilę nie wiedział, co zrobić ze sobą, jakby koordynacja opuściła jego ręce i nogi, odcięła sznurki marionetki od umysłu. Tak. Taniec. Donacja. Losowanie. Lorien.
Lorien? Lorien tu była? Nie zauważył. Dlaczego nie zauważył? Nie miało to kompletnie sensu. A może zauważył? Widział przecież Aarona, który błyszczał mu jak pochodnia, jak latarnia morska wzburzonego morza, świetlista pewność. Zakonnik wprawny w tym, aby łapać czarnoksiężników. Jonathan mógł być bohaterski, a Antoniusz najpewniejszy na świecie, ale żaden z nich nie miał tego doświadczenia, które nosił w sobie bliznami Aaron Moody. Może nie zauważył Lorien zaślepiony obecnością jej ochroniarza. Nie wiedział, że sędziowie Wizengamotu otrzymali personalnych obrońców, ale z drugiej strony nie był tym zaskoczony po wydarzeniach z początku września.
Jak możemy tańczyć, kiedy nasz świat płonie?, chciał zapytać, ale przecież ognie zostały ugaszone, straty i rany policzone, groby przysypane, a on nadal tkwił pomiędzy pędzącymi zaklęciami i gorącem ognia. Czemu nie było tutaj Vakela, żeby mógł skupić na nim obsesyjne myśli, czemu nigdy go nie ma, gdy jest potrzebny.
— Chyba żartujesz, Lorien — tu nie chodziło tylko o nią, chociaż niezmiernie przyjemnie było przez chwilę poudawać, że wszystko jest w porządku, że świat nie zaczął się kruszyć i walić od czasu deklaracji Sami-Wiecie-Kogo, a to kolejna integracja w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. To była również polityka.
Dlatego wyciągnął w jej stronę kurtuazyjnie dłoń, aby poprowadzić ją na parkiet, bo Warownia mogła upaść, ale nie tak łatwo jest złamać ród Longbottomów, a on był synem swojego ojca.
— Lepiej powiedz mi, jak bawisz się w towarzystwie Moodiego. Macie przydziałowe poddupniki czy na każdą imprezę losują, kto obstawia salę, a kto je małe kanapeczki? — zapytał się jej z humorem, który nie był dla niego dziwny, raczej odstający od jego ogólnego dobrostanu.