— Bardzo dobrze. — Paciorki czasu nie składały się w sensowną całość, a rzeka Styx była szeroka i głęboka. I niechaj płynie, niechaj płynie. — Może Beltane coś jej zrobiło. W końcu długo jej nie było i twierdzi, że nic nie pamięta. Byłoby wspaniale, gdyby cokolwiek dobrego z tego wyszło.
Zadumał się na chwilę nad różanym ogrodem szwagierki, matki Brenny. Na końcu lata ogród różany trwał jeszcze w półśnie, jakby nie chciał uwierzyć, że czas kwitnienia naprawdę minął. Powietrze gęstniało od zapachu, który nie był już słodki, lecz gorzki, jak wspomnienie dawnej rozkoszy. Płatki róż, przetarte, matowe, gdzieniegdzie przybrązowiałe, trzymały się krzewów z uporem staruszek, które nie chcą odejść z przyjęcia, wspominając lata młodości.
W pajęczynach, które rozciągały się pomiędzy gałązkami, błyszczał chłód, srebrny i nieco okrutny.
— Mam wrażenie, że nie mogę przestać czekać, aż wszystko rzeczywiście spłonie. Mam nadzieję, że jeśli tak się stanie, oni będą palić się razem z nami. — Nie trzeba było tłumaczyć kim byli oni, którym życzył takiego tragicznego losu. Widma za płotem, fatum nad dachem. Kocie znaki i demony biegające po ulicach. Świat stanął na głowie.
— Utknąłem w sprawie z Widmami. Departament jest... Opieszały. Za daleko Londynu, Warownia za dobrze się trzyma. — Pierdolony ostatni bastion.