04.11.2025, 14:56 ✶
Piętnaście minut dla Matki zdecydowanie mogło mu wystarczyć. Nie było to ostentacyjnie zbyt mało, nie było także zbyt długim czasem spędzanym w miejscu, do którego niespecjalnie to ciągnęło. W oczach Ambroisa, ta odpowiedź brzmiała naprawdę dobrze. Oby rzeczywiście udało im się to osiągnąć, chociaż jak na ten moment, nie mógł powiedzieć, aby coś im nie wychodziło.
Życie i los miały dla nich swoje plany, ale ostatecznie wszystko całkiem dobrze się układało. Byli tutaj, byli szczęśliwi, jutro mieli brać ślub, pod koniec września planowali rozejrzeć się za pierwszą wspólną poważną nieruchomością. Nie liczył domu w Whitby, bo poza krótkim epizodem, była to raczej ich wakacyjna chatka, a skoro teraz nie mieli być już we dwoje, zdecydowanie potrzebowali czegoś większego.
Mieli dosyć ambitne plany na przyszłość. Nie dało się tego ukryć, nawet jeśli Roise chwilowo rozkoszował się po prostu tym tu i teraz, tą powoli odzyskiwana stabilnością. Nie potrzebował wiele więcej, być może miał duże ambicje, ale w gruncie rzeczy naprawdę miał się za bardzo prostego człowieka, który nie potrzebował cholera wiedziała czego.
- Piwniczka na wino przy domu? - Całkiem instynktownie kiwnął głową, zastanawiając się nad tym zaledwie przez ułamek sekundy. - To mogłoby być naprawdę dobre rozwiązanie - tym bardziej, że tak naprawdę nic ich nie ograniczało, mogli pozwolić sobie na różne rozwiązania.
Wystarczyło tylko, aby znaleźli dostatecznie dużą posiadłość, w której mogliby wprowadzać wszelkie upragnione zmiany architektoniczne. Włącznie ze szklarniami i stajniami, być może z jeziorem albo chociażby niezbyt dużą plażą. Miejscem, które mogłoby być ich nowym domem, zupełnie nowym początkiem bycia rodziną, nawet jeśli poniekąd przecież już nią byli.
- Jego ulubione? - Nie mógł nic na to poradzić, że parsknął cicho pod nosem, wyobrażając sobie minę Fenwicka na to, co się stało.
Benjy naprawdę lubił te swoje buciki. Nic zresztą dziwnego. Ambroise także miał takie buty. Jedną lub dwie pary ze skóry, które wybierał niemalże za każdym razem, gdy mógł pozwolić sobie na całkowity komfort w doborze ubioru. A on, w przeciwieństwie do przyjaciela, mógł pochwalić się całkiem sporą szafą.
Z jednej strony, to było więc bardzo nieszczęsne zrządzenie losu. Z drugiej? Skoro kumpel przyjął zadośćuczynienie, a na to wyglądało, to chyba nic się nie stało. Greengrass jednak bez wątpienia sądził, że dokupienie do tego peleryny albo płaszcza raczej nie miało zaszkodzić relacjom jego narzeczonej z jego kolegą. To był dobry pomysł. Bez wątpienia przemyślany. Te ubrania wyglądały naprawdę komfortowo.
- Jeszcze jedną dla mnie, poproszę - dorzucił, sięgając po sakiewkę z pieniędzmi, podczas gdy właściciel straganu wręczał zakupy Geraldine.
Z uznaniem kiwnął głową w kierunku sprzedawcy, gdy ten zapakował również jego zakup, całkiem zgrabnie owijając pelerynę w ochronny papier i owijając go jutową wstążką. Wyglądało to na tyle elegancko, że nawet bez większego przyozdabiania prezentowało się naprawdę ładnie i całkiem świątecznie. No, o ile Mabon można było uznać za jakieś wielkie święto, czego Ambroise zazwyczaj nie zwykł robić. Tym razem jednak bez wątpienia poczuł trochę ducha Matki, który unosił się nad niezbyt zaludnioną Pokątną.
Sam nie wiedział, z czego to tak właściwie wynikało. Być może z tego, że zaraz mieli udać się na następne stoiska po kolejne prezenty dla najbliższych, co zawsze sprawiało mu naprawdę dużą przyjemność. Wbrew pozorom, lubił uszczęśliwiać otaczających go ludzi. Tyle tylko, że na własnych zasadach, nie ma siłę czy wbrew sobie. W tym roku miał ku temu okazję.
Zapłacił więc właściwą kwotę, zaokrąglając ją odrobinę, aby dać rzemielnikowi zarobić, po czym odebrał od niego swój zakup.
- Dziękuję - odmruknął, kiwając głową i unosząc kącik ust, gdy właściciel straganu życzył im udanego Mabon.
Mogli ruszyć dalej, ogarniając wzrokiem kolejne stragany, potem zaś udać się do kowenu. Na piętnaście minut, jeśli rzeczywiście dopisze im szczęście. Nie dłużej. Nie był aż tak pobożny.
Życie i los miały dla nich swoje plany, ale ostatecznie wszystko całkiem dobrze się układało. Byli tutaj, byli szczęśliwi, jutro mieli brać ślub, pod koniec września planowali rozejrzeć się za pierwszą wspólną poważną nieruchomością. Nie liczył domu w Whitby, bo poza krótkim epizodem, była to raczej ich wakacyjna chatka, a skoro teraz nie mieli być już we dwoje, zdecydowanie potrzebowali czegoś większego.
Mieli dosyć ambitne plany na przyszłość. Nie dało się tego ukryć, nawet jeśli Roise chwilowo rozkoszował się po prostu tym tu i teraz, tą powoli odzyskiwana stabilnością. Nie potrzebował wiele więcej, być może miał duże ambicje, ale w gruncie rzeczy naprawdę miał się za bardzo prostego człowieka, który nie potrzebował cholera wiedziała czego.
- Piwniczka na wino przy domu? - Całkiem instynktownie kiwnął głową, zastanawiając się nad tym zaledwie przez ułamek sekundy. - To mogłoby być naprawdę dobre rozwiązanie - tym bardziej, że tak naprawdę nic ich nie ograniczało, mogli pozwolić sobie na różne rozwiązania.
Wystarczyło tylko, aby znaleźli dostatecznie dużą posiadłość, w której mogliby wprowadzać wszelkie upragnione zmiany architektoniczne. Włącznie ze szklarniami i stajniami, być może z jeziorem albo chociażby niezbyt dużą plażą. Miejscem, które mogłoby być ich nowym domem, zupełnie nowym początkiem bycia rodziną, nawet jeśli poniekąd przecież już nią byli.
- Jego ulubione? - Nie mógł nic na to poradzić, że parsknął cicho pod nosem, wyobrażając sobie minę Fenwicka na to, co się stało.
Benjy naprawdę lubił te swoje buciki. Nic zresztą dziwnego. Ambroise także miał takie buty. Jedną lub dwie pary ze skóry, które wybierał niemalże za każdym razem, gdy mógł pozwolić sobie na całkowity komfort w doborze ubioru. A on, w przeciwieństwie do przyjaciela, mógł pochwalić się całkiem sporą szafą.
Z jednej strony, to było więc bardzo nieszczęsne zrządzenie losu. Z drugiej? Skoro kumpel przyjął zadośćuczynienie, a na to wyglądało, to chyba nic się nie stało. Greengrass jednak bez wątpienia sądził, że dokupienie do tego peleryny albo płaszcza raczej nie miało zaszkodzić relacjom jego narzeczonej z jego kolegą. To był dobry pomysł. Bez wątpienia przemyślany. Te ubrania wyglądały naprawdę komfortowo.
- Jeszcze jedną dla mnie, poproszę - dorzucił, sięgając po sakiewkę z pieniędzmi, podczas gdy właściciel straganu wręczał zakupy Geraldine.
Z uznaniem kiwnął głową w kierunku sprzedawcy, gdy ten zapakował również jego zakup, całkiem zgrabnie owijając pelerynę w ochronny papier i owijając go jutową wstążką. Wyglądało to na tyle elegancko, że nawet bez większego przyozdabiania prezentowało się naprawdę ładnie i całkiem świątecznie. No, o ile Mabon można było uznać za jakieś wielkie święto, czego Ambroise zazwyczaj nie zwykł robić. Tym razem jednak bez wątpienia poczuł trochę ducha Matki, który unosił się nad niezbyt zaludnioną Pokątną.
Sam nie wiedział, z czego to tak właściwie wynikało. Być może z tego, że zaraz mieli udać się na następne stoiska po kolejne prezenty dla najbliższych, co zawsze sprawiało mu naprawdę dużą przyjemność. Wbrew pozorom, lubił uszczęśliwiać otaczających go ludzi. Tyle tylko, że na własnych zasadach, nie ma siłę czy wbrew sobie. W tym roku miał ku temu okazję.
Zapłacił więc właściwą kwotę, zaokrąglając ją odrobinę, aby dać rzemielnikowi zarobić, po czym odebrał od niego swój zakup.
- Dziękuję - odmruknął, kiwając głową i unosząc kącik ust, gdy właściciel straganu życzył im udanego Mabon.
Mogli ruszyć dalej, ogarniając wzrokiem kolejne stragany, potem zaś udać się do kowenu. Na piętnaście minut, jeśli rzeczywiście dopisze im szczęście. Nie dłużej. Nie był aż tak pobożny.
Postacie opuszczają sesję
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down