04.11.2025, 19:38 ✶
Wszystko działo się tak szybko, że przez moment miałem wrażenie, iż dom państwa Bletchley po prostu mnie wciągnął, jednym ruchem, bez ostrzeżenia. Stałem jeszcze przez sekundę w progu, jak idiota, z kwiatami w jednej dłoni, butelką i koszykiem w drugiej, i z tym absurdalnym uczuciem, że zaraz coś przewrócę samym spojrzeniem. Nim w ogóle zdążyłem zareagować na to, co się działo, już byłem wciągany i poganiany do środka. A to był dopiero sam początek. Zanim zdążyłem wymyślić, co więcej powiedzieć, zostałem porwany przez wir matczynej energii, która uderzyła we mnie niczym huragan. Lawendowy zapach, ciepło, świergot głosu, który zdawał się przeskakiwać z tematu na temat, jak upojona pszczoła z kwiatka na kwiatek. Czułem się trochę jak w oku domowego cyklonu, otoczony miękkimi kolorami, światłem, ciepłem i... Słowami. To było dużo słów. Bardzo dużo słów. Równie dużo, co innych bodźców. Każdy zapach był tu czymś - cynamonem, masłem, kurzem z książek, kwiatami, które przyniosłem, i czymś jeszcze, co potrzebowałem zidentyfikować. Pachniało ciepłem, ciastem, ziołami i... Czymś, co natychmiast wybiło się przez moje wspomnienia - takim zapachem, którego sam nie potrafiłem odtworzyć w innym żadnym miejscu.
Wręczyłem Penelope bukiet, próbując nie wyglądać przy tym jak ktoś, kto nie wiedział, co robi z własnymi rękami, a to wywołało lawinę. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, bo zanim otworzyłem usta, kobieta już ściskała moją dłoń, a chwilę później, o Merlinie, objęła mnie. Objęła mnie. Jakbym był jej synem, który wrócił z frontu, a nie obcym facetem, o dziwo… Nie czułem się z tym źle, tylko kompletnie bezradnie, moje ręce zawisły w powietrzu, nie wiedząc, co mają zrobić - oddać uścisk, przytulić ją?
Najpierw zamarłem, po czym odruchowo się pochyliłem, jakby to mogło pomóc mi zmieścić się w jej drobnych ramionach - kompletny absurd, ale w końcu po prostu pozwoliłem, żeby się wydarzyło, zakładając, że to i tak było coś nieuniknionego, jak burza, którą trzeba było przeczekać. To nie był uścisk pełen kurtuazji, tylko taki prawdziwy, domowy, pachnący mąką, lawendą i ciepłem pieca. Pani Bletchley zdecydowanie potrafiła rozbroić człowieka, który jeszcze pół godziny temu wypluwał z siebie słowa, które nie należały do niego, była ciepła - nie tylko dosłownie, ale tak po ludzku, że przez moment kompletnie straciłem język.
- Dla pani, tak. - Udało mi się wydusić, kiedy w końcu odzyskałem głos. - Nie, nie mam guza, ploszę się nie maltwiś. - Dodałem zaraz, sięgając dłonią do potylicy, jakby dla pewności. - Zlesztą, to i tak nie pielwsza lampa, s któlą pszeglałem. - Mruknąłem cicho, nie bardzo wiedząc, co z rękami. Jedną wciąż trzymałem przy sobie, drugą wypełniała rączka koszyka i butelka wina, którą teraz ściskałem tak, jakbym miał zamiar jej użyć w samoobronie.
- No. - Skwitowałem półszeptem, gdy matka Prudence zniknęła w kuchni z okrzykiem „Do kaduka, ciasto!”, Penelope poruszała się z tą bezbłędną energią gospodyni, która ogarniała całe uniwersum jednym ruchem ściereczki. Zanim zdążyłem coś więcej powiedzieć, została po niej tylko smużka zapachu lawendy i dźwięk otwieranych drzwiczek od piekarnika.
Nie wiedziałem, co to jest kaduk, ale ton, w jakim to powiedziała, nie pozostawiał wątpliwości, że to było coś pomiędzy przekleństwem a okrzykiem bojowym. Stałem jeszcze przez chwilę, jakbym nie do końca wiedział, co zrobić z własnym ciałem. Lampa nadal się kołysała nad moją głową, jakby się ze mnie nabijała. Kot przebiegł mi przed nogami, a ja instynktownie cofnąłem stopę, żeby go nie nadepnąć, lekko oszołomiony tym wszystkim - serdecznością, tempem mówienia, a przede wszystkim tym, że nie zdążyłem nawet otworzyć ust, a już byłem obcałowany, przygarnięty, wciągnięty do środka i prawdopodobnie uznany za część rodziny. Nie pamiętałem naszych interakcji sprzed lat w taki sposób, a może wyparłem je ze świadomości, bo teraz wszystko wydawało mi się bardziej intensywne i barwne.
Wyciągnąłem rękę po płaszcz Prue - odruchowo, zanim zdążyłem pomyśleć, że nie wiedziałem, co z nim dalej zrobić. Złapałem materiał, miękki, jeszcze chłodny od wilgotnego powietrza z zewnątrz, i odwiesiłem go, wraz z moim płaszczem, na wieszak obok kilku innych, które wyglądały na równie dobrze utrzymane, co cała reszta tego domu. Lampa wciąż się bujała nad moją głową.
- Co to jest kaduk? - Mój głos zabrzmiał ciszej, niż planowałem. Nie byłem gotowy na ten dom - nie byłem gotowy na żaden dom. W domu, który wydawał się mieć własny puls, nawet cisza była głośna. Czułem ją w ścianach, w tykaniu zegara, w odgłosie czyichś kroków na piętrze. Prawda była taka, że czułem się, jakbym wszedł do innego świata. W moim nie było tyle ciepła - ani tylu zapachów, ani tylu kolorów, ani tylu słów. Tutaj wszystko mówiło, pachniało, tętniło czymś, co dawno temu przestałem uważać za codzienność.
Kiedy dłoń Prudence chwyciła mój nadgarstek, ja odwzajemniłem uścisk, na chwilę przykrywając jej dłoń moją drugą dłonią, chociaż ironicznie pomyślałem, że ktoś taki jak ja nie powinien sprawiać wrażenia, jakby się bać zwykłego spotkania z rodziną.
- Jest... Intensywnie...j. - Odparłem, nie dodawszy, od czego, bo była bystra, na pewno się domyślała, skoro już wcześniej tu bywałem.
Weszliśmy do salonu, gdzie wszystko było już gotowe do kolacji. Powietrze pachniało mieszanką aromatów, które uderzały w nozdrza swoją intensywnością - pieczeń, cynamon, zioła, coś kwaśnego i słodkiego jednocześnie. Ciepło biło od kominka i od stołu, nakrytego jak do wyjątkowo uroczystej kolacji. To wszystko było… Zbyt przytulne, jak na mój gust. To, co dopiero się zaczynało, zapowiadało się intensywnie. Miałem wrażenie, że zaraz coś przewrócę.
Zatrzymałem się na moment, gdy dostrzegłem Eliasza, był tu pierwszy, a ja, mimo że zwykle radziłem sobie w trudniejszych sytuacjach, poczułem się lekko spięty. To był ktoś, kto znał mnie za dobrze, widział w sytuacjach, w których człowiek planujący być kimś więcej, niż tylko kumplem, nie chciał być widziany. Miałem wrażenie, że w jednej chwili wróciły wszystkie te rozmowy, które z nim prowadziłem. Jeśli to było możliwe Prudence wydawała się bardziej nerwowa niż ja, patrzyła na brata w bardzo intensywny sposób, co dziwnie działało na moje poczucie pewności siebie. Zerknąłem na nią, uśmiechnąłem się krótko, pozwalając, żeby napięcie trochę opadło. W końcu to tylko jej rodzina, a Elias… No, cóż, Elias był po prostu człowiekiem, z którym można było porozmawiać normalnie.
- Siema. - Wyrwało mi się w końcu, tak naturalnie, jakby nie było żadnych oczekiwań ani formalności, tylko zwykłe spotkanie dwóch kumpli.
Wręczyłem Penelope bukiet, próbując nie wyglądać przy tym jak ktoś, kto nie wiedział, co robi z własnymi rękami, a to wywołało lawinę. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, bo zanim otworzyłem usta, kobieta już ściskała moją dłoń, a chwilę później, o Merlinie, objęła mnie. Objęła mnie. Jakbym był jej synem, który wrócił z frontu, a nie obcym facetem, o dziwo… Nie czułem się z tym źle, tylko kompletnie bezradnie, moje ręce zawisły w powietrzu, nie wiedząc, co mają zrobić - oddać uścisk, przytulić ją?
Najpierw zamarłem, po czym odruchowo się pochyliłem, jakby to mogło pomóc mi zmieścić się w jej drobnych ramionach - kompletny absurd, ale w końcu po prostu pozwoliłem, żeby się wydarzyło, zakładając, że to i tak było coś nieuniknionego, jak burza, którą trzeba było przeczekać. To nie był uścisk pełen kurtuazji, tylko taki prawdziwy, domowy, pachnący mąką, lawendą i ciepłem pieca. Pani Bletchley zdecydowanie potrafiła rozbroić człowieka, który jeszcze pół godziny temu wypluwał z siebie słowa, które nie należały do niego, była ciepła - nie tylko dosłownie, ale tak po ludzku, że przez moment kompletnie straciłem język.
- Dla pani, tak. - Udało mi się wydusić, kiedy w końcu odzyskałem głos. - Nie, nie mam guza, ploszę się nie maltwiś. - Dodałem zaraz, sięgając dłonią do potylicy, jakby dla pewności. - Zlesztą, to i tak nie pielwsza lampa, s któlą pszeglałem. - Mruknąłem cicho, nie bardzo wiedząc, co z rękami. Jedną wciąż trzymałem przy sobie, drugą wypełniała rączka koszyka i butelka wina, którą teraz ściskałem tak, jakbym miał zamiar jej użyć w samoobronie.
- No. - Skwitowałem półszeptem, gdy matka Prudence zniknęła w kuchni z okrzykiem „Do kaduka, ciasto!”, Penelope poruszała się z tą bezbłędną energią gospodyni, która ogarniała całe uniwersum jednym ruchem ściereczki. Zanim zdążyłem coś więcej powiedzieć, została po niej tylko smużka zapachu lawendy i dźwięk otwieranych drzwiczek od piekarnika.
Nie wiedziałem, co to jest kaduk, ale ton, w jakim to powiedziała, nie pozostawiał wątpliwości, że to było coś pomiędzy przekleństwem a okrzykiem bojowym. Stałem jeszcze przez chwilę, jakbym nie do końca wiedział, co zrobić z własnym ciałem. Lampa nadal się kołysała nad moją głową, jakby się ze mnie nabijała. Kot przebiegł mi przed nogami, a ja instynktownie cofnąłem stopę, żeby go nie nadepnąć, lekko oszołomiony tym wszystkim - serdecznością, tempem mówienia, a przede wszystkim tym, że nie zdążyłem nawet otworzyć ust, a już byłem obcałowany, przygarnięty, wciągnięty do środka i prawdopodobnie uznany za część rodziny. Nie pamiętałem naszych interakcji sprzed lat w taki sposób, a może wyparłem je ze świadomości, bo teraz wszystko wydawało mi się bardziej intensywne i barwne.
Wyciągnąłem rękę po płaszcz Prue - odruchowo, zanim zdążyłem pomyśleć, że nie wiedziałem, co z nim dalej zrobić. Złapałem materiał, miękki, jeszcze chłodny od wilgotnego powietrza z zewnątrz, i odwiesiłem go, wraz z moim płaszczem, na wieszak obok kilku innych, które wyglądały na równie dobrze utrzymane, co cała reszta tego domu. Lampa wciąż się bujała nad moją głową.
- Co to jest kaduk? - Mój głos zabrzmiał ciszej, niż planowałem. Nie byłem gotowy na ten dom - nie byłem gotowy na żaden dom. W domu, który wydawał się mieć własny puls, nawet cisza była głośna. Czułem ją w ścianach, w tykaniu zegara, w odgłosie czyichś kroków na piętrze. Prawda była taka, że czułem się, jakbym wszedł do innego świata. W moim nie było tyle ciepła - ani tylu zapachów, ani tylu kolorów, ani tylu słów. Tutaj wszystko mówiło, pachniało, tętniło czymś, co dawno temu przestałem uważać za codzienność.
Kiedy dłoń Prudence chwyciła mój nadgarstek, ja odwzajemniłem uścisk, na chwilę przykrywając jej dłoń moją drugą dłonią, chociaż ironicznie pomyślałem, że ktoś taki jak ja nie powinien sprawiać wrażenia, jakby się bać zwykłego spotkania z rodziną.
- Jest... Intensywnie...j. - Odparłem, nie dodawszy, od czego, bo była bystra, na pewno się domyślała, skoro już wcześniej tu bywałem.
Weszliśmy do salonu, gdzie wszystko było już gotowe do kolacji. Powietrze pachniało mieszanką aromatów, które uderzały w nozdrza swoją intensywnością - pieczeń, cynamon, zioła, coś kwaśnego i słodkiego jednocześnie. Ciepło biło od kominka i od stołu, nakrytego jak do wyjątkowo uroczystej kolacji. To wszystko było… Zbyt przytulne, jak na mój gust. To, co dopiero się zaczynało, zapowiadało się intensywnie. Miałem wrażenie, że zaraz coś przewrócę.
Zatrzymałem się na moment, gdy dostrzegłem Eliasza, był tu pierwszy, a ja, mimo że zwykle radziłem sobie w trudniejszych sytuacjach, poczułem się lekko spięty. To był ktoś, kto znał mnie za dobrze, widział w sytuacjach, w których człowiek planujący być kimś więcej, niż tylko kumplem, nie chciał być widziany. Miałem wrażenie, że w jednej chwili wróciły wszystkie te rozmowy, które z nim prowadziłem. Jeśli to było możliwe Prudence wydawała się bardziej nerwowa niż ja, patrzyła na brata w bardzo intensywny sposób, co dziwnie działało na moje poczucie pewności siebie. Zerknąłem na nią, uśmiechnąłem się krótko, pozwalając, żeby napięcie trochę opadło. W końcu to tylko jej rodzina, a Elias… No, cóż, Elias był po prostu człowiekiem, z którym można było porozmawiać normalnie.
- Siema. - Wyrwało mi się w końcu, tak naturalnie, jakby nie było żadnych oczekiwań ani formalności, tylko zwykłe spotkanie dwóch kumpli.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)