04.11.2025, 23:16 ✶
— Yashkier to ten... — zaczął Sebastian, w porę gryząc się w język, żeby nie określić go mianem zwykłego grajka. — Artysta, prawda? — Zerknął kontrolnie na pannę młodą, która zapewne najlepiej znała mężczyznę. — To nie, nie widziałem. Przynajmniej nie w tych okolicach. Chyba minąłem się z nim w głównym namiocie... Nie chciał odejść od Gerarda bez wypicia z nim kolejki tego waszego słynnego bimbru.
Dzięki temu udało mi na chwilę wymknąć, dodał w myślach, jednak akurat ten komentarz darował swym towarzyszom podróży. Gdzieś z tyłu głowy zaświtała mu myśl, że może to właśnie ojca Geraldine należałoby wypytać, kiedy ostatnio widział swojego przyjaciela, ale z drugiej strony... Przecież zmontowano tutaj nie lada ekipę. Brygadzistka, łowczyni, medyk, kapłan i brodaty osiłek. Znalezienie jednej osoby nie powinno stanowić jakiegoś wielkiego problemu. Przynajmniej dopóki ta nie zaszła zbyt daleko. Poza tym, obie kobiety miały mnóstwo doświadczenia w kręceniu się po terenach leśnych. No i Matka miała ich w swojej opiece.
— We wtorki? Przecież to już za chwilę... — zauważył z zaniepokojeniem w głosie.
Wbił w kobietę ciężkie spojrzenie. Mógłby się założyć o to, że każdy aurowidz, który teraz by się jej przyjrzał dostrzegłby, że zbierają się wokół niej jakieś ciemne chmury. Skoro to we wtorki następowała najmocniejsza emanacja jej braku szczęścia, to w niedzielę już na pewno było coś widać. Westchnął przeciągle; naprawdę chciały wdać się z nią w dyskusję na ten temat, co by podzielić się paroma swoimi teoriami, jednak teraz mieli na głowie sprawę Yashkiera.
Trzymał się z tyłu grupy, toteż ominęły go wyzwania wymagające sprawności fizycznej - kiedy przyszła jego kolej, aby pokonać przeszkodę, zrobił to przede wszystkim ostrożnie, dzięki czemu uniknął potencjalnego upadku. Nie był to jednak koniec niespodzianek, bo niedługo później Ambroży zauważył jakiś ślad, który jednak okazał się... niezbyt trafiony. Zamiast śladów stryjka Yashkiera natrafili bowiem na... grzeszników. Kobietę i mężczyznę, którzy testowali możliwości swoich doczesnych ciał w samym środku lasu. W domenie natury. W domenie Matki. Macmillan zasłonił sobie oczy jedną ręką, a drugą próbował się przeżegnać.
— A żebyście się wstydzili! — zawołał za nimi, spoglądając na nich przez palce, kiedy uciekli w stronę głównego miejsca imprezy. — Tak zbałamucić młodą kobietę i...!
Kapłan zapowietrzył się i złapał Ambrożego za ramię, co by się uspokoić. To było dużo jak na jego serce. Naprawdę nie planował być dzisiaj świadkiem takich scen. Bądź co bądź, nie zamierzał nawet przeprowadzać kontroli nocy poślubnej młodej pory, nie mówiąc już o tym, aby wpadać na pary w takich... warunkach.
Dzięki temu udało mi na chwilę wymknąć, dodał w myślach, jednak akurat ten komentarz darował swym towarzyszom podróży. Gdzieś z tyłu głowy zaświtała mu myśl, że może to właśnie ojca Geraldine należałoby wypytać, kiedy ostatnio widział swojego przyjaciela, ale z drugiej strony... Przecież zmontowano tutaj nie lada ekipę. Brygadzistka, łowczyni, medyk, kapłan i brodaty osiłek. Znalezienie jednej osoby nie powinno stanowić jakiegoś wielkiego problemu. Przynajmniej dopóki ta nie zaszła zbyt daleko. Poza tym, obie kobiety miały mnóstwo doświadczenia w kręceniu się po terenach leśnych. No i Matka miała ich w swojej opiece.
— We wtorki? Przecież to już za chwilę... — zauważył z zaniepokojeniem w głosie.
Wbił w kobietę ciężkie spojrzenie. Mógłby się założyć o to, że każdy aurowidz, który teraz by się jej przyjrzał dostrzegłby, że zbierają się wokół niej jakieś ciemne chmury. Skoro to we wtorki następowała najmocniejsza emanacja jej braku szczęścia, to w niedzielę już na pewno było coś widać. Westchnął przeciągle; naprawdę chciały wdać się z nią w dyskusję na ten temat, co by podzielić się paroma swoimi teoriami, jednak teraz mieli na głowie sprawę Yashkiera.
Trzymał się z tyłu grupy, toteż ominęły go wyzwania wymagające sprawności fizycznej - kiedy przyszła jego kolej, aby pokonać przeszkodę, zrobił to przede wszystkim ostrożnie, dzięki czemu uniknął potencjalnego upadku. Nie był to jednak koniec niespodzianek, bo niedługo później Ambroży zauważył jakiś ślad, który jednak okazał się... niezbyt trafiony. Zamiast śladów stryjka Yashkiera natrafili bowiem na... grzeszników. Kobietę i mężczyznę, którzy testowali możliwości swoich doczesnych ciał w samym środku lasu. W domenie natury. W domenie Matki. Macmillan zasłonił sobie oczy jedną ręką, a drugą próbował się przeżegnać.
— A żebyście się wstydzili! — zawołał za nimi, spoglądając na nich przez palce, kiedy uciekli w stronę głównego miejsca imprezy. — Tak zbałamucić młodą kobietę i...!
Kapłan zapowietrzył się i złapał Ambrożego za ramię, co by się uspokoić. To było dużo jak na jego serce. Naprawdę nie planował być dzisiaj świadkiem takich scen. Bądź co bądź, nie zamierzał nawet przeprowadzać kontroli nocy poślubnej młodej pory, nie mówiąc już o tym, aby wpadać na pary w takich... warunkach.