05.11.2025, 02:43 ✶
Parsknęła śmiechem, kiedy poduszka trafiła prosto w jego twarz, a pierze zatańczyło w powietrzu niczym miniaturowy śnieg. Przez moment poczuła się triumfująco. Oparła policzek o kanapę i obserwowała, jak Louvain śmieje się w ten sposób, który zawsze wywoływał u niej ciepło gdzieś w okolicy żołądka. Ten śmiech był nieprzyzwoicie szczery, niedbały, trochę chropowaty i niebezpiecznie przyciągający.
Ciepło płomieni z kominka odbijało się w jego oczach, a ona, choć wiedziała, że powinna coś powiedzieć, ruszyć się, zerwać kontakt wzrokowy - nie potrafiła. Została, jak zaczarowana. Cień przesuwał się po policzku, podkreślając linię żuchwy, a w tej ciszy dało się słyszeć tylko trzask drewna i ich oddechy.
Wpatrywała się w niego z tą dziewczęcą mieszanką ciekawości i czystego zauroczenia, ale nie dała po sobie poznać nic poza lekko przekornym uśmiechem. W końcu, jeśli Louvain Lestrange był mistrzem w prowokacjach, to Astoria Avery miała talent do tego, by odpowiadać mu w tej samej grze - tylko bardziej subtelnie, z wdziękiem, który był bardziej bronią niż ozdobą.
- Gdzie się podział twój refleks szukającego? - zachichotała i przechyliła głowę lekko w bok, przyglądając mu się z tym swoim uśmiechem, którym czasem obdarzała tylko jego - półfiglarny, półnieśmiały, taki, który mówił więcej, niż powinna.
Przez chwilę nic nie mówiła. Leżała na brzuchu, z brodą opartą na splecionych dłoniach, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, prawie nieuchwytnego. Czuła na sobie jego wzrok. Gdzieś między trzaskiem ognia a zapachem dymu i starych pergaminów, cisza nagle przestała być tłem. Stała się przestrzenią między nimi, pełną niewypowiedzianego napięcia.
W końcu westchnęła cicho i odparła:
- To prawda. Nie wiem tylko, czy to komplement, czy przytyk - westchnęła niczym księżniczka na ziarnku grochu, jakby zastanawiała się, czy jego słowa są wygodne. Wszak nie nazwał jej piękną, równie dobrze mogła uznać, że ocenia ją tak, jak wszyscy - że zadziera nosa wszędzie, przez co nawet w lochach wygląda jak w pałacu. W rzeczywistości nie doszukiwała się u niego złej woli, po prostu lubiła się droczyć. Zerknęła na niego spod rzęs. - Księżniczka powinna mieć rycerza, który chroniłby ją przed chłodem lochów. - dodała cicho, pozwalając, by słowa potoczyły się z ust miękko, z namysłem, jakby sama dopiero się nad nimi zastanawiała. Unosiła głowę nieco wyżej, wspierając się na łokciach. Złota poświata z kominka otulała jej włosy, rozświetlając je.
Znała jego sposób gry - te półuśmiechy, tę swobodę podszytą prowokacją - i może właśnie dlatego pozwalała mu na to wszystko. Ale tego wieczoru, w ciepłym świetle kominka, z zapachem wosku i dymu unoszącym się między nimi, to ona miała ochotę przetestować, jak daleko można przesuwać granice.
- Nie - skłamała z łatwością. Oczywiście, że chciała go złapać i zatrzymać tylko dla siebie, więc goniła, niemal mimowolnie. Kącik jej ust drgnął, ale nie w uśmiechu - bardziej w czymś, co było jego cieniem, ledwie zauważalnym echem emocji, których sama jeszcze nie potrafiła nazwać. - To raczej mnie się goni. - dodała po chwili, półgłosem, z tą dziewczęcą lekkością, w której brzmiało coś z kokieterii i coś z prawdy. Nie narzekała na brak uwagi, szczególnie ze strony rówieśników. Nawet jej postawa to zdradzała. Wyglądała jak ktoś, kto nigdy nie musiał gonić. Kto zawsze pozwalał, by to świat krążył wokół niej.
Ciepło tańczyło na jej policzkach, rozświetlając delikatne rumieńce, i choć mówiła z pozorną lekkością, w jej oczach kryło się coś bardziej złożonego. Może właśnie dlatego, że miała wokół siebie tak wiele uwagi, spojrzeń i komplementów, jej myśli tak łatwo zaczęły krążyć wokół Lou. Wokół kogoś, kto zdawał się tej uwagi nie potrzebować, kto nie szukał jej na siłę, nie próbował się przypodobać. Fakt, że nie był zafascynowany jej nazwiskiem, ani tym, co o niej mówiono, tylko nią samą, bez tła i dekoracji. A może to, że w jego obecności pierwszy raz czuła się jak ktoś, kto musi kogoś zdobyć - nie odwrotnie.
- Nie wszyscy lubią zabawy, które kończą się złamaniami - rzuciła z rozbawieniem, unosząc brew w sposób, który równie dobrze mógł być wyzwaniem, jak i żartem. W jej głosie zabrzmiała nuta przekory. Nie lubiła ryzyka, a perspektywa nadchodzącego bólu wywoływała u niej nudności. Ale nie zamierzała mu tego pokazać.
Było w nim coś z niepokoju, coś nieprzewidywalnego, co mogło zburzyć starannie ułożony porządek. A jednak, kiedy mówił w ten sposób, jego głos sprawiał, że ten porządek zdawał się mniej ważny. Wpatrzyła się w niego przez moment, jakby chciała odczytać, czy w tej prowokacji kryło się coś prawdziwego.
- Ale ty byś mnie nie zranił, prawda? - powiedziała z pewnością, wyciągając dłoń w jego stronę, jakby chciała pogłaskać go po policzku, lecz nie mogła dosięgnąć. W swoim zauroczeniu była ślepa na wszelkie znaki ostrzegawcze.
Ciepło płomieni z kominka odbijało się w jego oczach, a ona, choć wiedziała, że powinna coś powiedzieć, ruszyć się, zerwać kontakt wzrokowy - nie potrafiła. Została, jak zaczarowana. Cień przesuwał się po policzku, podkreślając linię żuchwy, a w tej ciszy dało się słyszeć tylko trzask drewna i ich oddechy.
Wpatrywała się w niego z tą dziewczęcą mieszanką ciekawości i czystego zauroczenia, ale nie dała po sobie poznać nic poza lekko przekornym uśmiechem. W końcu, jeśli Louvain Lestrange był mistrzem w prowokacjach, to Astoria Avery miała talent do tego, by odpowiadać mu w tej samej grze - tylko bardziej subtelnie, z wdziękiem, który był bardziej bronią niż ozdobą.
- Gdzie się podział twój refleks szukającego? - zachichotała i przechyliła głowę lekko w bok, przyglądając mu się z tym swoim uśmiechem, którym czasem obdarzała tylko jego - półfiglarny, półnieśmiały, taki, który mówił więcej, niż powinna.
Przez chwilę nic nie mówiła. Leżała na brzuchu, z brodą opartą na splecionych dłoniach, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, prawie nieuchwytnego. Czuła na sobie jego wzrok. Gdzieś między trzaskiem ognia a zapachem dymu i starych pergaminów, cisza nagle przestała być tłem. Stała się przestrzenią między nimi, pełną niewypowiedzianego napięcia.
W końcu westchnęła cicho i odparła:
- To prawda. Nie wiem tylko, czy to komplement, czy przytyk - westchnęła niczym księżniczka na ziarnku grochu, jakby zastanawiała się, czy jego słowa są wygodne. Wszak nie nazwał jej piękną, równie dobrze mogła uznać, że ocenia ją tak, jak wszyscy - że zadziera nosa wszędzie, przez co nawet w lochach wygląda jak w pałacu. W rzeczywistości nie doszukiwała się u niego złej woli, po prostu lubiła się droczyć. Zerknęła na niego spod rzęs. - Księżniczka powinna mieć rycerza, który chroniłby ją przed chłodem lochów. - dodała cicho, pozwalając, by słowa potoczyły się z ust miękko, z namysłem, jakby sama dopiero się nad nimi zastanawiała. Unosiła głowę nieco wyżej, wspierając się na łokciach. Złota poświata z kominka otulała jej włosy, rozświetlając je.
Znała jego sposób gry - te półuśmiechy, tę swobodę podszytą prowokacją - i może właśnie dlatego pozwalała mu na to wszystko. Ale tego wieczoru, w ciepłym świetle kominka, z zapachem wosku i dymu unoszącym się między nimi, to ona miała ochotę przetestować, jak daleko można przesuwać granice.
- Nie - skłamała z łatwością. Oczywiście, że chciała go złapać i zatrzymać tylko dla siebie, więc goniła, niemal mimowolnie. Kącik jej ust drgnął, ale nie w uśmiechu - bardziej w czymś, co było jego cieniem, ledwie zauważalnym echem emocji, których sama jeszcze nie potrafiła nazwać. - To raczej mnie się goni. - dodała po chwili, półgłosem, z tą dziewczęcą lekkością, w której brzmiało coś z kokieterii i coś z prawdy. Nie narzekała na brak uwagi, szczególnie ze strony rówieśników. Nawet jej postawa to zdradzała. Wyglądała jak ktoś, kto nigdy nie musiał gonić. Kto zawsze pozwalał, by to świat krążył wokół niej.
Ciepło tańczyło na jej policzkach, rozświetlając delikatne rumieńce, i choć mówiła z pozorną lekkością, w jej oczach kryło się coś bardziej złożonego. Może właśnie dlatego, że miała wokół siebie tak wiele uwagi, spojrzeń i komplementów, jej myśli tak łatwo zaczęły krążyć wokół Lou. Wokół kogoś, kto zdawał się tej uwagi nie potrzebować, kto nie szukał jej na siłę, nie próbował się przypodobać. Fakt, że nie był zafascynowany jej nazwiskiem, ani tym, co o niej mówiono, tylko nią samą, bez tła i dekoracji. A może to, że w jego obecności pierwszy raz czuła się jak ktoś, kto musi kogoś zdobyć - nie odwrotnie.
- Nie wszyscy lubią zabawy, które kończą się złamaniami - rzuciła z rozbawieniem, unosząc brew w sposób, który równie dobrze mógł być wyzwaniem, jak i żartem. W jej głosie zabrzmiała nuta przekory. Nie lubiła ryzyka, a perspektywa nadchodzącego bólu wywoływała u niej nudności. Ale nie zamierzała mu tego pokazać.
Było w nim coś z niepokoju, coś nieprzewidywalnego, co mogło zburzyć starannie ułożony porządek. A jednak, kiedy mówił w ten sposób, jego głos sprawiał, że ten porządek zdawał się mniej ważny. Wpatrzyła się w niego przez moment, jakby chciała odczytać, czy w tej prowokacji kryło się coś prawdziwego.
- Ale ty byś mnie nie zranił, prawda? - powiedziała z pewnością, wyciągając dłoń w jego stronę, jakby chciała pogłaskać go po policzku, lecz nie mogła dosięgnąć. W swoim zauroczeniu była ślepa na wszelkie znaki ostrzegawcze.