05.11.2025, 10:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2025, 14:27 przez Brenna Longbottom.)
– Możemy zająć się jednym i drugim. W domu była kiedyś szklarnia, możemy zacząć od ocenienia konstrukcji… a jeśli uznamy, że nie zapadnie się nam na głowy, uprzątnąć ślady po pożarze – powiedziała Brenna z namysłem. Pieniądze nie były problemem, raczej fakt, że nie mogli tam ściągnąć pracowników, a transport materiałów też musiał być powolny. Ale biorąc pod uwagę, że ze względu na problemy z ogniem poprzesuwała trochę rzeczy w pracy, mogła rzucić się w to wszystko teraz, zanim zniknie wśród papierów i spraw, by nadrobić tę przerwę. – Mam jeszcze jedną osobę, która zna się na renowacji… zobaczymy jak z nią wyjdzie.
Na razie Pandora Prewett nie dostała adresu Księżycowego Stawu: pomagała póki co tam, gdzie się dało, niekoniecznie ludziom z Zakonu, a osobom po prostu tego potrzebującym. Ale w tej chwili była potencjalnie najlepszym rzemieślnikiem, jakiego mogliby tam w końcu zacząć.
– Chyba nie tyle wykorzystano ten pył, co je uratowano z pożarów i okazało się, że mają magiczne właściwości. Pytanie brzmi, czy mają je, bo Voldemort zesłał ten pył i są niebezpieczne, czy po prostu to, że ususzył je ogień… jakoś zmieniło tę magię, przez którą szaleńczo rosły?
Niezależnie od tego, która wersja była prawdziwa, warto było to zbadać. Brenna nie miała zamiaru nawet próbować: nie znała się na tym. Ale głęboko wierzyła w zdolności Nory, Dory, Cedrica, czy teraz także Olivii.
Odruchowo uniosła na moment dłoń do szyi. Dym i ogień sprawiły, że sama utkwiła w Mungu i uzdrowiciel krzyczał na nią coś o tym, że poparzyła sobie oczy, gardło i płuca, chociaż Brenna nie ogarniała, jak mogła sobie poparzyć płuca. Na szczęście eliksiry pomogły, chociaż z powodu nawrotów kaszlu musiała zgłosić się do medyka ponownie.
A potem z jej ust wydobył się dziwny dźwięk: jakby próbowała powstrzymać śmiech. Przycisnęła dłoń do ust, spoglądając na Erika z pewnym rozbawieniem.
– Zapamiętam twoją ekspertyzę – obiecała.
– Wesele zostało zorganizowane dość nagle, a ja mam już inne zobowiązania w tym terminie – odparł Godryk, też unosząc swój kieliszek.
– Ja się wybieram. Wprawdzie się wahałam, ale… chyba byłoby mi głupio odmówić, skoro Geraldine posłała zaproszenie – rzuciła Brenna. – Komuś jeszcze dokładkę?
*
Zmierzch zamienił się powoli w noc, nad Doliną zapadła ciemność, i tylko dzięki lampom nie siedzieli w zupełnym mroku i chłodzie. Nie było jeszcze bardzo późno, ale ciemności o tej porze roku zapadały jeszcze przed dziewiętnastą. Gdy ubyło jedzenia na półmiskach, i wypito część nalewek, pozostawało im powoli zacząć się zbierać: czekało ich posprzątanie tego wszystkiego i przeniesienie się gdzieś, gdzie dach był już w pełni cały. A Brenna zamierzała jeszcze zajrzeć do swojej londyńskiej kamienicy oraz pogadać chwilę z bratem… i koniecznie sprawdzić, tak najlepiej kilka razy, że jego kryjówka nie ucierpiała podczas pożarów i jest odpowiednio zabezpieczona.
Na razie Pandora Prewett nie dostała adresu Księżycowego Stawu: pomagała póki co tam, gdzie się dało, niekoniecznie ludziom z Zakonu, a osobom po prostu tego potrzebującym. Ale w tej chwili była potencjalnie najlepszym rzemieślnikiem, jakiego mogliby tam w końcu zacząć.
– Chyba nie tyle wykorzystano ten pył, co je uratowano z pożarów i okazało się, że mają magiczne właściwości. Pytanie brzmi, czy mają je, bo Voldemort zesłał ten pył i są niebezpieczne, czy po prostu to, że ususzył je ogień… jakoś zmieniło tę magię, przez którą szaleńczo rosły?
Niezależnie od tego, która wersja była prawdziwa, warto było to zbadać. Brenna nie miała zamiaru nawet próbować: nie znała się na tym. Ale głęboko wierzyła w zdolności Nory, Dory, Cedrica, czy teraz także Olivii.
Odruchowo uniosła na moment dłoń do szyi. Dym i ogień sprawiły, że sama utkwiła w Mungu i uzdrowiciel krzyczał na nią coś o tym, że poparzyła sobie oczy, gardło i płuca, chociaż Brenna nie ogarniała, jak mogła sobie poparzyć płuca. Na szczęście eliksiry pomogły, chociaż z powodu nawrotów kaszlu musiała zgłosić się do medyka ponownie.
A potem z jej ust wydobył się dziwny dźwięk: jakby próbowała powstrzymać śmiech. Przycisnęła dłoń do ust, spoglądając na Erika z pewnym rozbawieniem.
– Zapamiętam twoją ekspertyzę – obiecała.
– Wesele zostało zorganizowane dość nagle, a ja mam już inne zobowiązania w tym terminie – odparł Godryk, też unosząc swój kieliszek.
– Ja się wybieram. Wprawdzie się wahałam, ale… chyba byłoby mi głupio odmówić, skoro Geraldine posłała zaproszenie – rzuciła Brenna. – Komuś jeszcze dokładkę?
*
Zmierzch zamienił się powoli w noc, nad Doliną zapadła ciemność, i tylko dzięki lampom nie siedzieli w zupełnym mroku i chłodzie. Nie było jeszcze bardzo późno, ale ciemności o tej porze roku zapadały jeszcze przed dziewiętnastą. Gdy ubyło jedzenia na półmiskach, i wypito część nalewek, pozostawało im powoli zacząć się zbierać: czekało ich posprzątanie tego wszystkiego i przeniesienie się gdzieś, gdzie dach był już w pełni cały. A Brenna zamierzała jeszcze zajrzeć do swojej londyńskiej kamienicy oraz pogadać chwilę z bratem… i koniecznie sprawdzić, tak najlepiej kilka razy, że jego kryjówka nie ucierpiała podczas pożarów i jest odpowiednio zabezpieczona.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.