07.11.2025, 13:15 ✶
Hannibal nie znał łaciny, ale karcący ton mówił sam za siebie. Shafiq roztaczał taką aurę autorytetu i chłodnej nieprzystępności, że nawet w opłakanym stanie, w jakim się znajdował, młody Selwyn nie mógł odmówić sobie próby przełamania jej.
- Ach, Anthony… - powiedział do dyplomaty przez ramię, miękko, na tyle cicho, by nie być ostentacyjnym, ale na tyle głośno, że wciąż istniało ryzyko, że słowa dotrą do postronnych - Próbowałem tego triku z uszami, o który pytałeś… nie działa, to jednak muszą być ludzkie. Gdybyś jednak miał jakieś inne pomysły… - pozostawił propozycję w powietrzu, w towarzystwie prowokacyjnego uśmiechu. Czemu, na Merlina, nie przyjął eliksiru na ból głowy?
Absurdalnie dobroduszna propozycja Jonathana starła uśmiech z jego twarzy. Złote kolczyki w jego uszach zakołysały się nieznacznie, kiedy zerknął najpierw przez drugie ramię na kuzyna, a potem na agenta nieruchomości.
- Serio - powtórzył, jakby nie dowierzał własnym uszom - Czekać? Jonathan, czy my popełniliśmy błąd? - zapytał, mając na myśli wszystko razem - tę godzinę, wybór tego konkretnego biura, niedopatrzenie wcześniejszego umówienia się…
Mugol za biurkiem natomiast ponownie nerwowo strzelił spojrzeniem w stronę Anthony’ego, a potem wrócił do Hannibala, chłonąc jego - w oczywisty sposób drogi i dużo bardziej ekstrawagancki, niż u towarzyszących mu mężczyzn - ubiór. Zsunął się wzrokiem w dół, gdzie młody aktor usiłował właśnie wolną ręką dyskretnie poprawić przeklętą różdżkę. Hannibal dostrzegł to i szybko zakrył kieszeń połą marynarki.
- B-błąd? - zaczął pracownik biura, ale jego kolega, dotąd siedzący za swoim biurkiem, podszedł i przerwał mu, spokojnie, choć dość zdecydowanie:
- Nie ma powodu do nerwów, panowie. Obsłużymy was, klient nasz pan. Proszę usiąść.
Selwyn westchnął z cieniem ulgi. Musiał dziś doprowadzić tę sprawę do końca albo stawić czoła konieczności przeniesienia się do rodziców, a do tego nie chciał dopuścić. Czując na plecach wzrok swojej dzisiejszej “obstawy”, podszedł do ustawionego przy biurku pana agenta nieruchomości fotela dla petentów. Weź się w garść, nakazał sobie. To nie była wina tych mugoli, że miał paskudny dzień. Opadł na fotel i podjął wysiłek wykrzesania z siebie choć trochę uprzejmości.
- Dziękuję - rzekł, doskonale świadom, że w jego głosie nie słychać wdzięczności - Zapewniam panów, że nie będziemy was długo zatrzymywać. Mam wybrane mieszkanie, które chcę kupić. Mam pieniądze. Nie mam ochoty tu być ani trochę bardziej, niż wy.