05.11.2025, 15:49 ✶
Nie mógł powiedzieć, że był stałym bywalcem jakiegokolwiek kowenu, nawet jeśli regularnie bywając w kilku różnych miejscach, pewnie mógłby znaleźć sobie jakieś miejsce, które jakkolwiek by mu odpowiadało. Nie zrobił tego, jak do tej pory. Raczej nie planował tego robić, wychodząc poza własną strefę komfortu, która raczej wykluczała regularną styczność z filozofią magicznych zgromadzeń religijnych.
Prawdę mówiąc, nie wydawało mu się, aby ktokolwiek z jego najbliższej rodziny bywał gdzieś co niedzielę. Po prawdzie mówiąc, nigdy nie próbowano wpajać mu wiary w cokolwiek, poza nauką. W ich domu szanowało się tradycję, wierzyło się w różnorodne przesądy i kultywowało się garść zwyczajów, ale nigdy w wyjątkowo bogobojny sposób. Bez wątpienia gryzłoby się to bowiem z logiką, którą nader wszystko wyznawał jego ojciec.
Owszem, Matka Natura była istotna dla rodu, z którego pochodził, jednakże czczono ją raczej poprzez obcowanie ze środowiskiem naturalnym, nie zaś z kapłanami. Tu ograniczano się głównie do uczestnictwa w garści najważniejszych uroczystości oraz do dostatecznie częstego przekazywania datków na społeczność, aby nikt nie mógł powiedzieć o nich złego słowa. W końcu byli zaangażowani, czyż nie?
Nawet ślub mieli wziąć w zgodzie z rytualnym obrządkiem, prosząc o to jednego z najlepszych kapłanów, jakiego Geraldine miała okazję poznać również prywatnie (choć nie rozmawiali zbytnio, jak, kiedy i gdzie), który wyraził zgodę na udzielenie im ślubu plenerowego. Gdyby nie byli tego dostatecznie godni, nie udałoby im się załatwić całej sprawy w zaledwie niespełna dwa tygodnie, nieprawdaż?
Rzecz jasna, ich dodatkowe aktywności i wykorzystane wpływy nie miały żadnego związku z tym, że mogli pominąć znaczną część formalności, czyż nie? Szczęśliwie po prostu nie potrzebowali odbywać nauk przedmałżeńskich, zapowiedzi również nie były im do niczego potrzebne. Dokładnie tak samo jak pogawędka o wszystkim, co robili i czego nie robili przez te lata, gdy bez wątpienia żyli w czystości, unikając jakichkolwiek zdrożnych sytuacji i w żadnym wypadku nie korzystając z przywilejów małżeńskich, choć nie spieszyło im się do formalizacji związku.
Mhm.
Byli szczerymi, wierzącymi członkami społeczności. I dokładnie tak jak wszyscy tacy ludzie postanowili udać się do kowenu, aby złożyć dary na mabonowym ołtarzu, zanim każde z nich rozejdzie się, aby spędzić czas kolacji ze swoją oficjalną rodziną. Grzecznie i posłusznie, następnie przez całą noc i pół kolejnego dnia przygotowując się do tej duchowej przyjemności, jaką miał być rytuał zaślubin. Wcale nie do wesela, na które mogliby czekać, oj nie.
Dokonując wcześniej jeszcze kilku zakupów na ulicy Pokątnej, zjawili się w Whitecroft w okolicach godziny czternastej. Idealnie przy samym początku pory obiadowej, dzięki czemu tłok, jaki i tak panował przy ustawionym na zewnątrz ołtarzu dało się jeszcze jakoś znieść. Ambroise miał ze sobą wieniec zrobiony przy okazji kilku wolnych chwil*, nie musiał zatem kłopotać się kupnem ani robieniem niczego na ostatnią chwilę. Spojrzał więc w kierunku narzeczonej, posyłając jej pytające spojrzenie, gdy mijali stragan z darami.
- Chcesz coś kupić? - Spytał, kiwając głową w kierunku wyboru wianków.
Prawdę mówiąc, nie wydawało mu się, aby ktokolwiek z jego najbliższej rodziny bywał gdzieś co niedzielę. Po prawdzie mówiąc, nigdy nie próbowano wpajać mu wiary w cokolwiek, poza nauką. W ich domu szanowało się tradycję, wierzyło się w różnorodne przesądy i kultywowało się garść zwyczajów, ale nigdy w wyjątkowo bogobojny sposób. Bez wątpienia gryzłoby się to bowiem z logiką, którą nader wszystko wyznawał jego ojciec.
Owszem, Matka Natura była istotna dla rodu, z którego pochodził, jednakże czczono ją raczej poprzez obcowanie ze środowiskiem naturalnym, nie zaś z kapłanami. Tu ograniczano się głównie do uczestnictwa w garści najważniejszych uroczystości oraz do dostatecznie częstego przekazywania datków na społeczność, aby nikt nie mógł powiedzieć o nich złego słowa. W końcu byli zaangażowani, czyż nie?
Nawet ślub mieli wziąć w zgodzie z rytualnym obrządkiem, prosząc o to jednego z najlepszych kapłanów, jakiego Geraldine miała okazję poznać również prywatnie (choć nie rozmawiali zbytnio, jak, kiedy i gdzie), który wyraził zgodę na udzielenie im ślubu plenerowego. Gdyby nie byli tego dostatecznie godni, nie udałoby im się załatwić całej sprawy w zaledwie niespełna dwa tygodnie, nieprawdaż?
Rzecz jasna, ich dodatkowe aktywności i wykorzystane wpływy nie miały żadnego związku z tym, że mogli pominąć znaczną część formalności, czyż nie? Szczęśliwie po prostu nie potrzebowali odbywać nauk przedmałżeńskich, zapowiedzi również nie były im do niczego potrzebne. Dokładnie tak samo jak pogawędka o wszystkim, co robili i czego nie robili przez te lata, gdy bez wątpienia żyli w czystości, unikając jakichkolwiek zdrożnych sytuacji i w żadnym wypadku nie korzystając z przywilejów małżeńskich, choć nie spieszyło im się do formalizacji związku.
Mhm.
Byli szczerymi, wierzącymi członkami społeczności. I dokładnie tak jak wszyscy tacy ludzie postanowili udać się do kowenu, aby złożyć dary na mabonowym ołtarzu, zanim każde z nich rozejdzie się, aby spędzić czas kolacji ze swoją oficjalną rodziną. Grzecznie i posłusznie, następnie przez całą noc i pół kolejnego dnia przygotowując się do tej duchowej przyjemności, jaką miał być rytuał zaślubin. Wcale nie do wesela, na które mogliby czekać, oj nie.
Dokonując wcześniej jeszcze kilku zakupów na ulicy Pokątnej, zjawili się w Whitecroft w okolicach godziny czternastej. Idealnie przy samym początku pory obiadowej, dzięki czemu tłok, jaki i tak panował przy ustawionym na zewnątrz ołtarzu dało się jeszcze jakoś znieść. Ambroise miał ze sobą wieniec zrobiony przy okazji kilku wolnych chwil*, nie musiał zatem kłopotać się kupnem ani robieniem niczego na ostatnią chwilę. Spojrzał więc w kierunku narzeczonej, posyłając jej pytające spojrzenie, gdy mijali stragan z darami.
- Chcesz coś kupić? - Spytał, kiwając głową w kierunku wyboru wianków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
Spoiler