06.11.2025, 00:05 ✶
Ogień odbijał się w jej oczach, jakby sam szukał tam schronienia; przemykał po tęczówkach, odbijał się w nich niepokojącym światłem, które zlewało się z kurzem, dymem i gorącym powietrzem drgającym wokół. Pożoga pochłaniała wszystko. Z każdym kolejnym trzaskiem belki Eden miała wrażenie, że słyszy echo własnych myśli - tych, które starała się zagłuszyć od tygodni. Ciepło uderzało w twarz, osiadało na skórze niczym niewidzialny popiół, a powietrze drgało, falując między nimi jak coś żywego. Wszystko zdawało się być tak odrealnione, jakby byli na tym świecie tylko oni i ten pożar, który zdawał się oddychać razem z nimi.
Cofnęła się razem z Alkiem, czuła, jak jego dłoń napina się przy jej, jak ich palce splatają się w tym krótkim, nieplanowanym geście. Nie był romantyczny, nie miał w sobie nic z czułości - był jak kotwica. I bogowie jej świadkiem, że właśnie tego w tej chwili potrzebowała. Zakotwiczenia.
- Tylko szybko, belki długo nie wytrzymają - powiedziała cicho, patrząc w stronę, którą wskazał. - Jeśli to się zapadnie, pójdzie jak domino. - Jej głos był spokojny, jakby już widziała ich w dziesiątkach podobnych sytuacji, walczących z tym, co nieuchronne. Uniosła różdżkę, chcąc zawtórować Alastorowi i użyć tego samego zaklęcia, by rozproszyć ogień zanim wszystko się zawali.
Ale wtedy rozległ się ten dźwięk.
Jęk - stłumiony, ale przerażający w swojej ludzkiej naturze. Eden zamarła, a czas na sekundę przestał istnieć, kiedy instynkt walczył z wątpliwością, czy faktycznie był to głos uwięzionej w płonącym budynku osoby, czy tylko płatające im figle echo ognia pożerającego wszystko na swojej drodze. Potrząsnęła głową i spojrzała na Alastora, już wiedząc, że myślą o tym samym.
- Tam ktoś jest. - Powiedziała oczywistość na głos, jakby chcąc upewnić siebie samą, że się nie przesłyszała. Głos miała niższy, przytłumiony. Bez emocji, choć w środku wszystko w niej wrzało.
Tak działała w stresie: odłączała rozum od własnych emocji.
Przeszła kilka kroków w stronę płonącego budynku, przystanęła jednak, powstrzymując odruch wejścia. Wzrok przesuwał się po strukturze - pęknięte belki, osypujący się tynk, płonący dach. Każdy z tych elementów krzyczał, że to pułapka.
- Jeśli to wszystko spadnie na nas oboje, martwi nie pomożemy nikomu. - Głos jej stwardniał, a w oczach zniknął blask ognia, zastąpiony skupieniem. Podeszła kilka kroków bliżej, nie zważając na ciepło, które uderzało z rozżarzonych cegieł. - Moody, zrób coś z górą, zanim runie. Ja wejdę od dołu. -
Nie czekała na zgodę - nigdy nie czekała. Jej różdżka pocięła powietrze krótkim ruchem, by niebawem otoczyć Eden barierą ochronną z połyskującej wody.
Ogień liznął powierzchnię i syknął, jakby wściekły, że ktoś zakłóca jego ucztę, ale ustąpił na tyle, by mogła zrobić krok w przód. Obejrzała się jeszcze raz przez ramię na Alka, a potem znów ruszyła w stronę ognia, który teraz drżał, jakby zastanawiał się, kto z nich dwojga jest większym zagrożeniem.
Cofnęła się razem z Alkiem, czuła, jak jego dłoń napina się przy jej, jak ich palce splatają się w tym krótkim, nieplanowanym geście. Nie był romantyczny, nie miał w sobie nic z czułości - był jak kotwica. I bogowie jej świadkiem, że właśnie tego w tej chwili potrzebowała. Zakotwiczenia.
- Tylko szybko, belki długo nie wytrzymają - powiedziała cicho, patrząc w stronę, którą wskazał. - Jeśli to się zapadnie, pójdzie jak domino. - Jej głos był spokojny, jakby już widziała ich w dziesiątkach podobnych sytuacji, walczących z tym, co nieuchronne. Uniosła różdżkę, chcąc zawtórować Alastorowi i użyć tego samego zaklęcia, by rozproszyć ogień zanim wszystko się zawali.
Ale wtedy rozległ się ten dźwięk.
Jęk - stłumiony, ale przerażający w swojej ludzkiej naturze. Eden zamarła, a czas na sekundę przestał istnieć, kiedy instynkt walczył z wątpliwością, czy faktycznie był to głos uwięzionej w płonącym budynku osoby, czy tylko płatające im figle echo ognia pożerającego wszystko na swojej drodze. Potrząsnęła głową i spojrzała na Alastora, już wiedząc, że myślą o tym samym.
- Tam ktoś jest. - Powiedziała oczywistość na głos, jakby chcąc upewnić siebie samą, że się nie przesłyszała. Głos miała niższy, przytłumiony. Bez emocji, choć w środku wszystko w niej wrzało.
Tak działała w stresie: odłączała rozum od własnych emocji.
Przeszła kilka kroków w stronę płonącego budynku, przystanęła jednak, powstrzymując odruch wejścia. Wzrok przesuwał się po strukturze - pęknięte belki, osypujący się tynk, płonący dach. Każdy z tych elementów krzyczał, że to pułapka.
- Jeśli to wszystko spadnie na nas oboje, martwi nie pomożemy nikomu. - Głos jej stwardniał, a w oczach zniknął blask ognia, zastąpiony skupieniem. Podeszła kilka kroków bliżej, nie zważając na ciepło, które uderzało z rozżarzonych cegieł. - Moody, zrób coś z górą, zanim runie. Ja wejdę od dołu. -
Nie czekała na zgodę - nigdy nie czekała. Jej różdżka pocięła powietrze krótkim ruchem, by niebawem otoczyć Eden barierą ochronną z połyskującej wody.
Rzut PO 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
Ogień liznął powierzchnię i syknął, jakby wściekły, że ktoś zakłóca jego ucztę, ale ustąpił na tyle, by mogła zrobić krok w przód. Obejrzała się jeszcze raz przez ramię na Alka, a potem znów ruszyła w stronę ognia, który teraz drżał, jakby zastanawiał się, kto z nich dwojga jest większym zagrożeniem.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~