06.11.2025, 00:27 ✶
Kiedy zapytała, czy daleko jeszcze, uśmiechnąłem się sam do siebie, nie wiedząc nawet, czy mogła to dostrzec w tym bladym, srebrnym świetle księżyca. Las był już gęsty, gałęzie tworzyły nad nami sklepienie, przez które światło przedzierało się tylko smugami, trochę jakby wstydliwie. Szedłem powoli, dopasowując krok do jej rytmu, słyszałem, jak ściółka cicho szeleściła pod jej butami - nowymi, solidnymi, które pewnie miały zapewnić jej spokój ducha. Wiedziałem, że po ostatnim spacerze nie chciała ryzykować kolejnego potknięcia w błocie, to było bardzo rozsądne z jej strony, bardzo pasujące do niej. Urocze, bo się starała.
- Jusz niedaleko. - Powiedziałem w końcu, nie podnosząc głosu, żeby nie zepsuć tej subtelnej ciszy, która zawisła między nami. Las pachniał ziemią, sosną i chłodem, który zapowiadał jesień. Nie lubiłem jesieni, ale tego wieczoru mi nie przeszkadzała. - Będzie szybciej, jeśli pszestaniesz oglądaś kaszdy koszeń, jakby miał cię zaatakowaś. - Zerknąłem na nią kątem oka, pozwalając sobie na wtrącenie czegoś luźniejszego, mimo że wiedziałem, z czego wynikała jej ostrożność - pomimo tej świadomości, sądziłem jednak, że obchodzenie się z nią, jak z jajkiem to nie była konieczność, w końcu oboje wiedzieliśmy, że tym razem miało być inaczej. Prue miała w sobie coś... Nieoczywistego. Na pierwszy rzut oka wydawała się krucha, ale krucha kobieta nie wróciłaby po zmroku do lasu, zachowując się tak, jakby głęboko mi ufała. Kiedy jej dłoń wsunęła się w moją, zupełnie odruchowo, cicho, jakby bała się naruszyć spokój lasu… Nic nie powiedziałem, tylko zacisnąłem palce na jej palcach - to wyszło samo. Ciepła miała niewiele, była drobna, lżejsza od mnie pewnie o połowę, jeśli nie więcej, ale kiedy złapała mnie za rękę, jakby to ona stała się czymś, co trzymało mnie stabilnie na ziemi, nie odwrotnie.
To miała być przyjemna, nocna wyprawa we dwoje, w znane rejony. Nie potrzebowałem mapy - każde drzewo, zakręt tej ścieżki znałem jak linie na własnej dłoni. Byłem tu tyle razy, że nawet z zamkniętymi oczami potrafiłbym dojść do brzegu jeziora, ale z pewnego konkretnego powodu tego wieczoru to nie jezioro było dla mnie tym celem, o którym myśl napawała mnie naprawdę przyjemnym uczuciem. Było nim nasze odosobnienie samo w sobie. Nie lubiłem przyznawać przed sobą takich rzeczy - tego, że mi na czymkolwiek zależało, ale to właśnie tak wyglądało. Nie wiedziałem, kiedy to się stało, ale… Przywykłem do tej obecności - jej kroków obok moich, jej oddechu, tego, że czasem mówiła rzeczy, po których tylko kiwałem głową, bo nie wiedziałem jeszcze, co odpowiedzieć.
Nie wiedziałem wielu rzeczy, ostatnio coraz bardziej to sobie uświadamiałem, nie miałem pojęcia, choćby o tym, czym było to coś w mojej klatce piersiowej - coś między spokojem a napięciem, ciepłem a lekkim ukłuciem pod żebrami. Nie nazywałem tego - może nie chciałem, może nie umiałem, ale wiedziałem jedno. Jeśli puściłbym jej rękę, zrobiłoby się wyraźnie zimniej, jakoś wcale nie miałem zamiaru sprawdzać, jak bardzo.
Zatrzymałem się na moment, żeby spojrzeć w górę, przez prześwit w koronach, księżyc zawisł wysoko, jak srebrna moneta, zimny i piękny.
- Słyszysz? - Zapytałem po chwili. Z oddali dochodził cichy szmer - woda uderzająca o brzeg, jezioro było już naprawdę blisko. - To tam. Jeszcze mosze sto kloków. - Odwróciłem się do niej, a kiedy jej spojrzenie spotkało moje, w tym krótkim błysku odbitym od księżyca, pomyślałem…
!Strach przed imieniem
- Jusz niedaleko. - Powiedziałem w końcu, nie podnosząc głosu, żeby nie zepsuć tej subtelnej ciszy, która zawisła między nami. Las pachniał ziemią, sosną i chłodem, który zapowiadał jesień. Nie lubiłem jesieni, ale tego wieczoru mi nie przeszkadzała. - Będzie szybciej, jeśli pszestaniesz oglądaś kaszdy koszeń, jakby miał cię zaatakowaś. - Zerknąłem na nią kątem oka, pozwalając sobie na wtrącenie czegoś luźniejszego, mimo że wiedziałem, z czego wynikała jej ostrożność - pomimo tej świadomości, sądziłem jednak, że obchodzenie się z nią, jak z jajkiem to nie była konieczność, w końcu oboje wiedzieliśmy, że tym razem miało być inaczej. Prue miała w sobie coś... Nieoczywistego. Na pierwszy rzut oka wydawała się krucha, ale krucha kobieta nie wróciłaby po zmroku do lasu, zachowując się tak, jakby głęboko mi ufała. Kiedy jej dłoń wsunęła się w moją, zupełnie odruchowo, cicho, jakby bała się naruszyć spokój lasu… Nic nie powiedziałem, tylko zacisnąłem palce na jej palcach - to wyszło samo. Ciepła miała niewiele, była drobna, lżejsza od mnie pewnie o połowę, jeśli nie więcej, ale kiedy złapała mnie za rękę, jakby to ona stała się czymś, co trzymało mnie stabilnie na ziemi, nie odwrotnie.
To miała być przyjemna, nocna wyprawa we dwoje, w znane rejony. Nie potrzebowałem mapy - każde drzewo, zakręt tej ścieżki znałem jak linie na własnej dłoni. Byłem tu tyle razy, że nawet z zamkniętymi oczami potrafiłbym dojść do brzegu jeziora, ale z pewnego konkretnego powodu tego wieczoru to nie jezioro było dla mnie tym celem, o którym myśl napawała mnie naprawdę przyjemnym uczuciem. Było nim nasze odosobnienie samo w sobie. Nie lubiłem przyznawać przed sobą takich rzeczy - tego, że mi na czymkolwiek zależało, ale to właśnie tak wyglądało. Nie wiedziałem, kiedy to się stało, ale… Przywykłem do tej obecności - jej kroków obok moich, jej oddechu, tego, że czasem mówiła rzeczy, po których tylko kiwałem głową, bo nie wiedziałem jeszcze, co odpowiedzieć.
Nie wiedziałem wielu rzeczy, ostatnio coraz bardziej to sobie uświadamiałem, nie miałem pojęcia, choćby o tym, czym było to coś w mojej klatce piersiowej - coś między spokojem a napięciem, ciepłem a lekkim ukłuciem pod żebrami. Nie nazywałem tego - może nie chciałem, może nie umiałem, ale wiedziałem jedno. Jeśli puściłbym jej rękę, zrobiłoby się wyraźnie zimniej, jakoś wcale nie miałem zamiaru sprawdzać, jak bardzo.
Zatrzymałem się na moment, żeby spojrzeć w górę, przez prześwit w koronach, księżyc zawisł wysoko, jak srebrna moneta, zimny i piękny.
- Słyszysz? - Zapytałem po chwili. Z oddali dochodził cichy szmer - woda uderzająca o brzeg, jezioro było już naprawdę blisko. - To tam. Jeszcze mosze sto kloków. - Odwróciłem się do niej, a kiedy jej spojrzenie spotkało moje, w tym krótkim błysku odbitym od księżyca, pomyślałem…
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)