06.11.2025, 01:42 ✶
Powrót na oddział był jak ponowne zanurzenie się w zimną wodę, chwila szoku, a potem się idzie przyzwyczaić. Niby wszystko działo się na raz i dramatyczne, ale to było znajome, Sid już wbiła się w wytarte tory. Rodzice byli cali, w Little Whinnging było bardziej dramatyczne, ale jakiś samozwańczy pseudo-nestor Lockhartów się tym zajmie, choć kilka razy przypominała sobie by napisać do ciotki, znając życie Albą nikt się nie przejął (może trochę zasłużyła, ale nie na tyle by zostać bezdomną).
Myślała, że gdy wstanie dzień wszystkich uderzy rozmach Śmierciożerców, ale okazało się, że ich rozmach był równym ich rozdętemu ego i dzień okazał się przygnębiająco ciemny. Sidonie podzielała obawy reszty medyków, że ten zawieszony w powietrzu syf przysporzy im pacjentów oraz co się stanie, gdy deszcz zmyje ten pył do ziemi. Chyba w przerwie na fajkę, herbatę i ploty wolała się przejmować tym, niż rozpamiętywać ile razy oznaczyła ramię wyczarowaną czarną wstęgą w pierwszej godzinie segregacji poszkodowanych, którzy spływali do Munga, zanim nie oddała tego zadania, na wieczną traumę, studentom Akademii, który stawili się w szpitalu na początku tej nocy. Niby nie jest dobrze za mocno skupiać się na sprawach, na które się nie ma wpływu, ale jednak czaiły się rzeczy, które był zbyt świeże do przepracowywania, dlatego temat dymu przewija się nieustannie w rozmowach medyków. Sidonie odwróciła wzrok na okno zaraz po wejściu na salę, która do niedawna była przestrzenią z stołami, krzesłami, ławami i donicami z kwiatami, w której chorzy, którzy musieli dłużej przebywać na oddziale, mogli wyjść, spędzić czas poza swoją salą i spotkać się z rodziną. Teraz poprzedzielana parawanami stała się wieloosobową salą dla rannych. Na pierwszym łóżku od wejścia był pacjent, z rozległymi oparzeniami pleców, leżał na brzuchu, taka pozycja na dłuższą metę skończy się komplikacjami, ale to będzie problem dopiero, gdy najbliższe dziesięć dni będą stabilne. Sama oczywiście nie da rady zmienić opatrunków, złowiła kątem oka czyjś szybki i zdecydowany krok, uznała, że może inny medyk, sanitariusz lub stażysta, zawołała za tym kimś, zaraz rozpoznając dziewczynę z klubokawiarni. Nieważne, skoro złapała ofiarę, to nie puści mimowolnej wolontariuszki.
- Hej, proszę pomóż mi, nie mam nikogo, a sama nie dam rady zmienić opatrunków u jednego z pacjentów. Potem postaram się jakoś ci pomóc kogoś znaleźć albo skombinować leki jak coś konkretnego potrzebujesz - dodała, bo zamieszanie informacyjnie trwało w najlepsze, sporo osób przychodziło do szpitala szukając znajomych, administracja już porobiła zdjęcia nieprzytomnym czarodziejom bez dokumentów, by ułatwić szukania bez najazdu ludzi na poszczególne oddziały.
- Jest wprowadzony w śpiączkę - skinęła głową na pacjenta.
Myślała, że gdy wstanie dzień wszystkich uderzy rozmach Śmierciożerców, ale okazało się, że ich rozmach był równym ich rozdętemu ego i dzień okazał się przygnębiająco ciemny. Sidonie podzielała obawy reszty medyków, że ten zawieszony w powietrzu syf przysporzy im pacjentów oraz co się stanie, gdy deszcz zmyje ten pył do ziemi. Chyba w przerwie na fajkę, herbatę i ploty wolała się przejmować tym, niż rozpamiętywać ile razy oznaczyła ramię wyczarowaną czarną wstęgą w pierwszej godzinie segregacji poszkodowanych, którzy spływali do Munga, zanim nie oddała tego zadania, na wieczną traumę, studentom Akademii, który stawili się w szpitalu na początku tej nocy. Niby nie jest dobrze za mocno skupiać się na sprawach, na które się nie ma wpływu, ale jednak czaiły się rzeczy, które był zbyt świeże do przepracowywania, dlatego temat dymu przewija się nieustannie w rozmowach medyków. Sidonie odwróciła wzrok na okno zaraz po wejściu na salę, która do niedawna była przestrzenią z stołami, krzesłami, ławami i donicami z kwiatami, w której chorzy, którzy musieli dłużej przebywać na oddziale, mogli wyjść, spędzić czas poza swoją salą i spotkać się z rodziną. Teraz poprzedzielana parawanami stała się wieloosobową salą dla rannych. Na pierwszym łóżku od wejścia był pacjent, z rozległymi oparzeniami pleców, leżał na brzuchu, taka pozycja na dłuższą metę skończy się komplikacjami, ale to będzie problem dopiero, gdy najbliższe dziesięć dni będą stabilne. Sama oczywiście nie da rady zmienić opatrunków, złowiła kątem oka czyjś szybki i zdecydowany krok, uznała, że może inny medyk, sanitariusz lub stażysta, zawołała za tym kimś, zaraz rozpoznając dziewczynę z klubokawiarni. Nieważne, skoro złapała ofiarę, to nie puści mimowolnej wolontariuszki.
- Hej, proszę pomóż mi, nie mam nikogo, a sama nie dam rady zmienić opatrunków u jednego z pacjentów. Potem postaram się jakoś ci pomóc kogoś znaleźć albo skombinować leki jak coś konkretnego potrzebujesz - dodała, bo zamieszanie informacyjnie trwało w najlepsze, sporo osób przychodziło do szpitala szukając znajomych, administracja już porobiła zdjęcia nieprzytomnym czarodziejom bez dokumentów, by ułatwić szukania bez najazdu ludzi na poszczególne oddziały.
- Jest wprowadzony w śpiączkę - skinęła głową na pacjenta.