06.11.2025, 02:08 ✶
Wsłuchałem się w otoczenie, bo przecież sam zasugerowałem Prue, by to zrobić. Wbiłem wzrok w jej oczy, przyglądając się im w blasku księżyca i…Zamarłem, dosłownie, jakby ziemia przykleiła mnie do miejsca, w którym stałem. Jeszcze przed chwilą słyszałem tylko oddech Prue, spokojny, równy, i plusk wody gdzieś przed nami, ale to… To było inne. Nie było wiatru, nie było ruchu, a mimo to coś szurało po ściółce za naszymi plecami. Najpierw cicho - ledwie trzask gałązki, zbyt wyraźny, by mógł być przypadkiem, potem kroki, powolne, ciężkie, znajome. Takie, które brzmiały w mojej głowie co noc od ośmiu dni - od tamtego pożaru, chwili, gdy wszystko stanęło w ogniu. Przez moment myślałem, że to echo naszych butów, które z opóźnieniem odbijało się od skał, nawet jeśli to nie miałoby za wiele sensu - wolałem uznać, że tylko wydaje mi się, iż ktoś idzie za nami, ale wtedy wiatr przyniósł ten zapach. Nie pomyliłbym go z niczym innym. Niósł w sobie coś, co pachniało spalenizną i zgnilizną zarazem, jakby powietrze przesiąkło tamtym wrześniowym wieczorem. Zgniły, metaliczny, ciężki, jak dym z pożaru i krew zmieszana z popiołem. Momentalnie cofnęło mnie o tydzień, prosto do tamtej nocy - ósmego września.
Powiedziałem sobie, że to nic - to tylko wspomnienie, pozostałość. „Klątwołamacze czasem widzą rzeczy, które nie istnieją, to efekt”, powtarzałem, „tylko efekt uboczny stresu i pracy.”
Ale zapach nie znikał.
Odwróciłem się mimo wszystko, odrywając wzrok od Prudence, tylko na sekundę - ciemność, drzewa, księżycowe światło rozlane po mchu, a jednak miałem wrażenie, że coś właśnie wtedy cofnęło się o krok, czekało. Piętnasty września, tydzień, minął tydzień, a wrażenie niepokoju pozostało, gdzieś między cieniem a wspomnieniem, i chociaż wmawiałem sobie, że jestem odważny, potrafię oddzielić rzeczywistość od złudzeń, wiedziałem, że to nie do końca prawda. „To nie on,” powtarzałem w głowie. „To nie on, to tylko wspomnienie.”
Ale wspomnienia nie pachną, nie stąpają po liściach, nie wciągają chłodnego powietrza tak głośno, że czujesz to w karku. Palce mi drgnęły, zacisnąłem je mocniej na różdżce, którą trzymałem w kieszeni kurtki, ale nie wyciągnąłem jej, nie mogłem pozwolić, żeby Prue to zauważyła, nie mogłem jej przestraszyć. Ostatni raz czułem ten strach osiem dni temu - osiem dni odkąd pożar zniszczył wszystko, co było pewne. Osiem dni, odkąd jego przekleństwo rozlało się po ziemi jak ropa, a ja miałem wrażenie, że część tej ciemności wsiąkła we mnie. Nie wiedziałem, czy to coś z zewnątrz, czy może ja sam ją noszę, ale Prue zasługiwała na wieczór, który nie był skażony tym, co we mnie siedziało. Dopóki nie widziałem fizycznych śladów tej obecności, nie chciałem jej psuć spełniania życzeń - w końcu obiecałem, że zabiorę ją nad jezioro, byśmy mogli zanurzyć się w świetle księżyca, a to była prawdopodobnie jedna z ostatnich ciepławych nocy.
Tyle tylko, że każde uderzenie mojego serca niosło ten sam, znajomy dźwięk - kroki.
Za mną. Zawsze o krok.
Zawsze za blisko.
Powiedziałem sobie, że to nic - to tylko wspomnienie, pozostałość. „Klątwołamacze czasem widzą rzeczy, które nie istnieją, to efekt”, powtarzałem, „tylko efekt uboczny stresu i pracy.”
Ale zapach nie znikał.
Odwróciłem się mimo wszystko, odrywając wzrok od Prudence, tylko na sekundę - ciemność, drzewa, księżycowe światło rozlane po mchu, a jednak miałem wrażenie, że coś właśnie wtedy cofnęło się o krok, czekało. Piętnasty września, tydzień, minął tydzień, a wrażenie niepokoju pozostało, gdzieś między cieniem a wspomnieniem, i chociaż wmawiałem sobie, że jestem odważny, potrafię oddzielić rzeczywistość od złudzeń, wiedziałem, że to nie do końca prawda. „To nie on,” powtarzałem w głowie. „To nie on, to tylko wspomnienie.”
Ale wspomnienia nie pachną, nie stąpają po liściach, nie wciągają chłodnego powietrza tak głośno, że czujesz to w karku. Palce mi drgnęły, zacisnąłem je mocniej na różdżce, którą trzymałem w kieszeni kurtki, ale nie wyciągnąłem jej, nie mogłem pozwolić, żeby Prue to zauważyła, nie mogłem jej przestraszyć. Ostatni raz czułem ten strach osiem dni temu - osiem dni odkąd pożar zniszczył wszystko, co było pewne. Osiem dni, odkąd jego przekleństwo rozlało się po ziemi jak ropa, a ja miałem wrażenie, że część tej ciemności wsiąkła we mnie. Nie wiedziałem, czy to coś z zewnątrz, czy może ja sam ją noszę, ale Prue zasługiwała na wieczór, który nie był skażony tym, co we mnie siedziało. Dopóki nie widziałem fizycznych śladów tej obecności, nie chciałem jej psuć spełniania życzeń - w końcu obiecałem, że zabiorę ją nad jezioro, byśmy mogli zanurzyć się w świetle księżyca, a to była prawdopodobnie jedna z ostatnich ciepławych nocy.
Tyle tylko, że każde uderzenie mojego serca niosło ten sam, znajomy dźwięk - kroki.
Za mną. Zawsze o krok.
Zawsze za blisko.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)