06.11.2025, 12:59 ✶
Gdyby ktoś zapytał go teraz o to, jak swego czasu wyglądało jego podejście do relacji pomiędzy nim a Geraldine, pewnie z początku kusiłoby go powiedzieć coś z czystej przekory. Wykrzywić trochę narrację, wcisnąć tej osobie jakiś drobny kit tylko po to, aby dostrzec zdziwienie i zagubienie malujące się na jej twarzy, bo przecież żadne z nich nigdy nie udawało, że byli wtedy w dobrych stosunkach. Ba, nie były one nawet do końca poprawne. Dosyć niefortunnie zerwali łączącą ich nić porozumienia i raczej nie próbowali tkać nowej, otwarcie zionąc niechęcią do siebie nawzajem.
Mimo to, Ambroise w pierwszej chwili zapewne powiedziałby o tym coś niejednoznacznego, bo skoro miał taką możliwość, zdecydowanie mógł to zrobić. A lubił korzystać z dawanych mu opcji, żonglując nimi trochę, zanim wreszcie ze wzruszeniem ramion stwierdziłby, że jemu również nie spieszyłoby się do wykonywania jakichkolwiek poetyckich, heroicznych gestów w kierunku jego ówczesnej sojuszniczki.
Być może nie porzuciłby jej na pastwę losu, nie będąc aż tak egoistycznym dupkiem w stosunku do kogoś, kto zdecydowanie wzbudzał w nim uczucia. W tamtym momencie naprawdę znaczący ich wachlarz. Mimo wszystko, nie miał w zwyczaju opuszczać tych, którzy na to nie zasługiwali, ale trudno byłoby mu powiedzieć, że próbowałby się dla niej poświęcić.
Chociaż...
...cholera go wiedziała. Sam doskonale pamiętał, ile razy w przeciągu tamtych miesięcy miał ochotę przekroczyć również tę fizyczną granicę komfortu. Sprowokować Yaxleyównę na tyle, żeby skonfrontowali się inaczej niż tylko na spojrzenia i ciętość języka. Zawsze cholernie mocno go pociągała, nie dało się ukryć (choć bez wątpienia próbował), że czuł w stosunku do niej coś więcej niż tylko zwykłą niechęć. Nie reagował na nią aż tak alergicznie jak chciał, by to wyglądało.
No cóż, były to jednak głównie spekulacje, bo tak jak weszli tam we dwoje, tak wspólnie opuścili porzucony majątek. Raczej nie spodziewając się, że postanowią tu kiedykolwiek powrócić, tym bardziej w celu zakupu tej nieruchomości z myślą o stworzeniu tu sobie miejsca do życia.
A jednak. Oto byli praktycznie u bram posiadłości, obserwując jak Fenwick przeprowadza pierwsze testy, które chyba wyszły na tyle przyzwoicie, że mogli iść dalej. To był dobry znak. W przeciwieństwie do słów, jakie padły z ust przyjaciela.
Oczywiście, Roise doceniał realistyczne podejście do całej sprawy. Bez wątpienia lepiej było ustalić to teraz niż później, w potencjalnym momencie pełnym chaosu, emocji i w panice. Tyle tylko, że nawet jeśli sam miewał bardzo podobne podejście do wchodzenia mu w paradę, nie za bardzo pasowało mu to, co słyszał. Czym innym było bowiem poświęcanie siebie dla bliskich, czym innym natomiast poświęcanie bliskich dla siebie.
Ambroise nie miał w zwyczaju wchodzić w niczyje kompetencje, szczególnie, jeśli był ich całkowicie pewien. W przypadku Benjy'ego nie miał żadnych podstaw, aby kwestionować doświadczenie, umiejętności czy wiedzę przyjaciela. Wręcz przeciwnie, jego kumpel wydawał się doskonale obeznany z wykonywanym zawodem, miał za sobą naprawdę wiele różnorodnych zleceń, nie odstawiał pierwszyzny ani fuszerki. Mogli mu zatem w pełni zaufać.
Tyle tylko, że czym innym było zawierzenie kompetencjom specjalisty, czym innym natomiast porzucenie go w razie zagrożenia i ewakuacja z miejsca wydarzeń. Roise nigdy nie miał problemu z wycofaniem się z czegoś, co stanowiło efekt cudzej głupoty, wielokrotnie robił to w przeszłości, ale w tym wypadku? To oni chcieli sprawdzić teren posiadłości. To był ich pomysł, oni wpadli na to, że mogliby się tu osiedlić. A to nie był ktoś obcy. Branie odpowiedzialności za własne uczynki było zatem czymś, co uważał za konieczność. Za naturalny stan rzeczy.
I brał. Oczywiście, że nie zamierzał tak po prostu zgodzić się na bycie tchórzliwym szczurem opuszczającym tonący okręt. Musieli przedyskutować rozwiązania, a to zaproponowane przez Rinę wydawało mu się całkiem słusznie, na to zdecydowanie mogli przystać, czyż nie? W końcu Benjy sam mówił, że chodziło tylko i wyłącznie o czynności zapobiegawcze, na w razie czego. Prawdopodobnie nie mieli z nich korzystać.
- Pół godziny. Góra czterdzieści pięć minut. Nie później - odezwał się, spoglądając przy tym na zegarek zapięty na nadgarstku.
Wydawało mu się, że w przypadku klątw, takie rzeczy działały raczej bardzo sprawnie, więc mogli stargować czas na potencjalną interwencję. W końcu byli tu razem, czyż nie? Razem w to wchodzili i razem mieli stąd wyjść, inna opcja nie istniała. Dopiero mając tę jasność, mogli ruszyć dalej.
Mimo to, Ambroise w pierwszej chwili zapewne powiedziałby o tym coś niejednoznacznego, bo skoro miał taką możliwość, zdecydowanie mógł to zrobić. A lubił korzystać z dawanych mu opcji, żonglując nimi trochę, zanim wreszcie ze wzruszeniem ramion stwierdziłby, że jemu również nie spieszyłoby się do wykonywania jakichkolwiek poetyckich, heroicznych gestów w kierunku jego ówczesnej sojuszniczki.
Być może nie porzuciłby jej na pastwę losu, nie będąc aż tak egoistycznym dupkiem w stosunku do kogoś, kto zdecydowanie wzbudzał w nim uczucia. W tamtym momencie naprawdę znaczący ich wachlarz. Mimo wszystko, nie miał w zwyczaju opuszczać tych, którzy na to nie zasługiwali, ale trudno byłoby mu powiedzieć, że próbowałby się dla niej poświęcić.
Chociaż...
...cholera go wiedziała. Sam doskonale pamiętał, ile razy w przeciągu tamtych miesięcy miał ochotę przekroczyć również tę fizyczną granicę komfortu. Sprowokować Yaxleyównę na tyle, żeby skonfrontowali się inaczej niż tylko na spojrzenia i ciętość języka. Zawsze cholernie mocno go pociągała, nie dało się ukryć (choć bez wątpienia próbował), że czuł w stosunku do niej coś więcej niż tylko zwykłą niechęć. Nie reagował na nią aż tak alergicznie jak chciał, by to wyglądało.
No cóż, były to jednak głównie spekulacje, bo tak jak weszli tam we dwoje, tak wspólnie opuścili porzucony majątek. Raczej nie spodziewając się, że postanowią tu kiedykolwiek powrócić, tym bardziej w celu zakupu tej nieruchomości z myślą o stworzeniu tu sobie miejsca do życia.
A jednak. Oto byli praktycznie u bram posiadłości, obserwując jak Fenwick przeprowadza pierwsze testy, które chyba wyszły na tyle przyzwoicie, że mogli iść dalej. To był dobry znak. W przeciwieństwie do słów, jakie padły z ust przyjaciela.
Oczywiście, Roise doceniał realistyczne podejście do całej sprawy. Bez wątpienia lepiej było ustalić to teraz niż później, w potencjalnym momencie pełnym chaosu, emocji i w panice. Tyle tylko, że nawet jeśli sam miewał bardzo podobne podejście do wchodzenia mu w paradę, nie za bardzo pasowało mu to, co słyszał. Czym innym było bowiem poświęcanie siebie dla bliskich, czym innym natomiast poświęcanie bliskich dla siebie.
Ambroise nie miał w zwyczaju wchodzić w niczyje kompetencje, szczególnie, jeśli był ich całkowicie pewien. W przypadku Benjy'ego nie miał żadnych podstaw, aby kwestionować doświadczenie, umiejętności czy wiedzę przyjaciela. Wręcz przeciwnie, jego kumpel wydawał się doskonale obeznany z wykonywanym zawodem, miał za sobą naprawdę wiele różnorodnych zleceń, nie odstawiał pierwszyzny ani fuszerki. Mogli mu zatem w pełni zaufać.
Tyle tylko, że czym innym było zawierzenie kompetencjom specjalisty, czym innym natomiast porzucenie go w razie zagrożenia i ewakuacja z miejsca wydarzeń. Roise nigdy nie miał problemu z wycofaniem się z czegoś, co stanowiło efekt cudzej głupoty, wielokrotnie robił to w przeszłości, ale w tym wypadku? To oni chcieli sprawdzić teren posiadłości. To był ich pomysł, oni wpadli na to, że mogliby się tu osiedlić. A to nie był ktoś obcy. Branie odpowiedzialności za własne uczynki było zatem czymś, co uważał za konieczność. Za naturalny stan rzeczy.
I brał. Oczywiście, że nie zamierzał tak po prostu zgodzić się na bycie tchórzliwym szczurem opuszczającym tonący okręt. Musieli przedyskutować rozwiązania, a to zaproponowane przez Rinę wydawało mu się całkiem słusznie, na to zdecydowanie mogli przystać, czyż nie? W końcu Benjy sam mówił, że chodziło tylko i wyłącznie o czynności zapobiegawcze, na w razie czego. Prawdopodobnie nie mieli z nich korzystać.
- Pół godziny. Góra czterdzieści pięć minut. Nie później - odezwał się, spoglądając przy tym na zegarek zapięty na nadgarstku.
Wydawało mu się, że w przypadku klątw, takie rzeczy działały raczej bardzo sprawnie, więc mogli stargować czas na potencjalną interwencję. W końcu byli tu razem, czyż nie? Razem w to wchodzili i razem mieli stąd wyjść, inna opcja nie istniała. Dopiero mając tę jasność, mogli ruszyć dalej.
Rzut 1d4 - 3
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down