06.11.2025, 15:43 ✶
— Czarny Pan powinien zatem odpokutować za to, że naruszył świętą równowagę — pomruknęła Helloise tonem kogoś, kto czuje się w kompetencji wyceniać podobne grzechy.
Nie kontynuowała tematu tego, jakie mogły być źródła owych anomalii ani w jaki sposób one działały. Skupiła się na przyjemniejszym aspekcie wspólnego spaceru po posępnym ogrodzie.
— Bagna są bez dwóch zdań urokliwe — potwierdziła — ale ty mnie przecież pytasz o kwiaty, Leviathanie — droczyła się, czepiając nieistotnych szczegółów, gdy tylko wyczuła, że coś mu przestało pasować i może go tam uszczypnąć.
Jakże mogłaby nie uśmiechnąć się, gdy zasugerował, że bycie jej smokiem to dla niego najnaturalniejsza rzecz na świecie. Śmiała się więc, odwracając głowę na bok, żeby trochę ów śmiech schować — jakby nie przystawało poważnej pani Kniei oddanej rzeczom boskim cieszyć się takimi przyziemnymi zaczepkami.
— Jeśli smoczognik ma być szczęśliwy, musi sobie sam wybrać pana. Ciebie nie chciałabym unieszczęśliwić… ale jeśli akceptujesz swój los w moich rękach… — Głos Helloise niósł w tych słowach niemal występną groźbę, która niestety zza uśmiechu nie robiła zbyt złowieszczego wrażenia. — Dostałeś czarnego, bo przecież cię znam. Które z nas by miało go wziąć, jeśli nie ty? Myślisz, że Monę pociąga mrok? Mnie?
Cóż za niedorzeczny pomysł, zdawały się kpić jej oczy.
Protekcjonalny ton Leviathana, jakim została poczęstowana w odpowiedzi na historyjkę, ani trochę nie zraził czarownicy. Złośliwości kogoś, kto docina ci od wczesnego dzieciństwa — i ze wzajemnością — rzadko robią na człowieku wrażenie, więc nawet powieka Helloise nie drgnęła, gdy mężczyzna spróbował wywyższyć się na jej naiwności.
— Oczywiście, że Knieja mnie zmieniła. Rozkwitłam. — Zatoczyła otwartymi ramionami krąg wokół siebie. — Samego fundamentu jednak przecież nie da się już zmienić. — I co gdy wszystkie te kwiaty, trawy oraz drzewa uschną wraz z niszczejącą Knieją, i zostaną tylko skały walijskich gór? Lepiej nie sprawdzać.
Zachodzące słońce wydłużało cienie czarodziejów, gdy szli ścieżkami Maida Vale ocenianego przez Helloise krytycznym okiem. Tu i tam — gdzie krzewy wsparto na zbyt wielu podpórkach — czarownica wplatała w rośliny dłonie i troskliwie wyciągała pędy spomiędzy prętów więzienia, zwracając kwiatom naturalność, niczym matka czule wichrząca ulizane włosy syna.
Także uwadze czarownicy nie umknęły ślady rąk pojawiające się i znikające ze szklanych ścian oranżerii. Instynktownie ruszyła ku nim, lecz gdy się zbliżyła, dłoni już nie było. Mimo to zafascynowana spróbowała swoimi dłońmi odtworzyć ich szlak, jakby tym gestem miała wyciągnąć ich tajemnice. Ledwie jednak Leviathan przyznał, że może to nie o samą ziemię pod nogami chodzi, Hela odwróciła się do niego, aby przyszpilić czarodzieja triumfalnym spojrzeniem.
A nie mówiłam? tańczyło jej na końcu języka, lecz z łaski swojej oszczędziła mu komentarza.
Do środka oczywiście weszła, zbędne było pytanie. Uklękła przy samotnej doniczce, nie patrząc na to, czy pobrudzi szaty.
— Jest smutna — westchnęła, zbierając palcami rosę z czarnych płatków kwiatu.
Nie kontynuowała tematu tego, jakie mogły być źródła owych anomalii ani w jaki sposób one działały. Skupiła się na przyjemniejszym aspekcie wspólnego spaceru po posępnym ogrodzie.
— Bagna są bez dwóch zdań urokliwe — potwierdziła — ale ty mnie przecież pytasz o kwiaty, Leviathanie — droczyła się, czepiając nieistotnych szczegółów, gdy tylko wyczuła, że coś mu przestało pasować i może go tam uszczypnąć.
Jakże mogłaby nie uśmiechnąć się, gdy zasugerował, że bycie jej smokiem to dla niego najnaturalniejsza rzecz na świecie. Śmiała się więc, odwracając głowę na bok, żeby trochę ów śmiech schować — jakby nie przystawało poważnej pani Kniei oddanej rzeczom boskim cieszyć się takimi przyziemnymi zaczepkami.
— Jeśli smoczognik ma być szczęśliwy, musi sobie sam wybrać pana. Ciebie nie chciałabym unieszczęśliwić… ale jeśli akceptujesz swój los w moich rękach… — Głos Helloise niósł w tych słowach niemal występną groźbę, która niestety zza uśmiechu nie robiła zbyt złowieszczego wrażenia. — Dostałeś czarnego, bo przecież cię znam. Które z nas by miało go wziąć, jeśli nie ty? Myślisz, że Monę pociąga mrok? Mnie?
Cóż za niedorzeczny pomysł, zdawały się kpić jej oczy.
Protekcjonalny ton Leviathana, jakim została poczęstowana w odpowiedzi na historyjkę, ani trochę nie zraził czarownicy. Złośliwości kogoś, kto docina ci od wczesnego dzieciństwa — i ze wzajemnością — rzadko robią na człowieku wrażenie, więc nawet powieka Helloise nie drgnęła, gdy mężczyzna spróbował wywyższyć się na jej naiwności.
— Oczywiście, że Knieja mnie zmieniła. Rozkwitłam. — Zatoczyła otwartymi ramionami krąg wokół siebie. — Samego fundamentu jednak przecież nie da się już zmienić. — I co gdy wszystkie te kwiaty, trawy oraz drzewa uschną wraz z niszczejącą Knieją, i zostaną tylko skały walijskich gór? Lepiej nie sprawdzać.
Zachodzące słońce wydłużało cienie czarodziejów, gdy szli ścieżkami Maida Vale ocenianego przez Helloise krytycznym okiem. Tu i tam — gdzie krzewy wsparto na zbyt wielu podpórkach — czarownica wplatała w rośliny dłonie i troskliwie wyciągała pędy spomiędzy prętów więzienia, zwracając kwiatom naturalność, niczym matka czule wichrząca ulizane włosy syna.
Także uwadze czarownicy nie umknęły ślady rąk pojawiające się i znikające ze szklanych ścian oranżerii. Instynktownie ruszyła ku nim, lecz gdy się zbliżyła, dłoni już nie było. Mimo to zafascynowana spróbowała swoimi dłońmi odtworzyć ich szlak, jakby tym gestem miała wyciągnąć ich tajemnice. Ledwie jednak Leviathan przyznał, że może to nie o samą ziemię pod nogami chodzi, Hela odwróciła się do niego, aby przyszpilić czarodzieja triumfalnym spojrzeniem.
A nie mówiłam? tańczyło jej na końcu języka, lecz z łaski swojej oszczędziła mu komentarza.
Do środka oczywiście weszła, zbędne było pytanie. Uklękła przy samotnej doniczce, nie patrząc na to, czy pobrudzi szaty.
— Jest smutna — westchnęła, zbierając palcami rosę z czarnych płatków kwiatu.
dotknij trawy