06.11.2025, 16:08 ✶
Kiwnął głową, słysząc twierdzącą odpowiedź Yaxleyówny, po czym gestem dłoni przepuścił ją przed siebie, aby mogła podejść do interesującego ją straganu. Jednocześnie zmarszczył przy tym czoło, słysząc pytanie, jakie mu zadała.
- Właściwie to sam nie wiem - odparł zgodnie z prawdą, spoglądając na wianki na stoisku. - Pamiętasz tamtą bardzo burzową noc kilka dni temu? Nie za bardzo było, co robić, bo zajęto się już większością przygotowań, więc spędziłem trochę czasu w bibliotece. Tak jakoś wyszło - wzruszył ramionami, nawet jeśli wewnątrz właśnie złapał się na tym, że być może brzmiało to trochę...
...głupio? Nie, nie głupio. Po prostu nietypowo jak dla niego. Ostatnio robił wiele dziwnych rzeczy. Nie zamierzał pozwolić, aby weszło mu to w krew, ale po wielu miesiącach zastoju, miło było czuć jakąś odmianę od szarej i ponurej normy. Nie uważał tego za stracony czas, nawet jeśli zazwyczaj gonił za pracą.
Kiedy tak właściwie udało mu się to zrobić? Dobre, naprawdę dobre pytanie. Wydawało mu się bowiem, że w ostatnich dniach nie cierpiał na nadmiar czasu, a jednak jakimś cudem udało mu się wygospodarować go na tyle, żeby upleść całkiem przyzwoity wianek. Nie był to może szczyt rzemieślniczych umiejętności, Roise już z daleka widział, że na ołtarzu znajdowały się naprawdę zaskakujące podarunki dla Matki, jednak był wyjątkowo zadowolony z tego, co wyszło spod jego własnych palców. Zwłaszcza patrząc na ilość wolnego, na jakiego nadmiar zdecydowanie nie cierpiał.
Prawdę mówiąc, dopiero w tej chwili w pełni uświadomił sobie, że nie jest do końca pewien, co kierowało nim, gdy postanowił robić dar dla matki, nie zaś na przykład wziąć długą relaksującą kąpiel albo porządnie wyspać się przed nadchodzącym ślubem. Mimo wszystko, nie żałował, tamten wieczór był nieoczekiwanie przyjemny. Stanowił całkowitą odmianę od niemal wszystkiego, co zwykł robić, a przez to wydawał mu się bardzo potrzebny. W tym całym pośpiechu i w przedślubnym chaosie bardzo łatwo było mu bowiem zapominać o robieniu podstawowych rzeczy dla siebie samego.
Całe szczęście, nadal pomieszkiwali w domu, w którym mieli do dyspozycji pomoc skrzatów domowych. Dzięki temu nie musieli zbytnio gotować, pomieszczenia zawsze były posprzątane, a pranie robiło się niemalże samo. Tą wyjątkowo wygodną posługą skrzatów domowych, którą Ambroise bez wątpienia doceniał, nawet jeśli z wiadomych względów traktował to jak coś, co zwykło się dziać.
W mieszkaniu na Horyzontalnej nie korzystał z podobnej pomocy, jedynie czasami podsyłano mu Florę, która jednak głównie należała do jego ojca, ewentualnie do macochy czy siostry. On sam radził sobie bez tego, ale przy powrotach do Doliny czy jak teraz w Exmoor zaczynał doceniać posiadanie kogoś, kto sam z siebie zajmował się tymi najbardziej przyziemnymi czynnościami. Nawet organizacja ceremonii nie mogłaby obyć się bez tych dodatkowych rąk. Wiedział to.
I to prawdopodobnie dzięki temu udało mu się nie tylko znaleźć około trzy wolne godziny, lecz także spędzić je w całkiem bezproduktywny, ale przyjemny sposób. No, plecenie wieńca było produktywne, to fakt, ale późniejsze wróżby pewnie mógłby już sobie darować. Tyle tylko, że dzięki nim czuł się bardziej rozluźniony.
Teraz też miał naprawdę dobry nastrój, nawet jeśli chciał jak najszybciej odbębnić wizytę w tym miejscu, wracając jeszcze w okolice bardziej eleganckich sklepów w magicznym Londynie, aby zgodnie z ich ustaleniami zrobić tam dodatkowe zakupy dla tych bardziej wyszukanych najbliższych.
Później musieli rozstać się na późne obiady (czy tam wczesne kolacje) z rodzinami. Sam nie wiedział, kiedy ostatecznie miał dołączyć do Geraldine w Snowdonii, chociaż liczył, że i tu uda mu się jakoś zakrzywić czasoprzestrzeń i być tam stosunkowo wczesnym wieczorem, nie zaś w samym środku nocy. Nie sądził, aby miał zbyt mocno odpocząć przed kolejnym dniem, ale bez wątpienia nie pragnął zasiadywać się w Dolinie Godryka. Tym bardziej, że jutro ponownie mieli spotkać jego najbliższych.
Ba, nawet teraz rozejrzał się po okolicy, podczas gdy Rina wybierała odpowiedni dar, mając nieodparte wrażenie, że minęło ich co najmniej kilka znajomych twarzy. Wokół przewijało się jednak tyle osób, że trudno było śledzić, kto tak właściwie przyszedł, aby spełnić sabatową powinność. Wszyscy spieszyli się zresztą do domów.
- Masz to, co chciałaś? - Spytał po chwili, obracając głowę z powrotem w kierunku dziewczyny i stanowiska, patrząc na jej ręce.
Wianek jak wianek. Nie znał się specjalnie na mabonowym rzemiośle. Jeśli pasowało Geraldine, mogli to wziąć i udać się w kierunku ołtarza. Jeśli nie, na pewno miało znaleźć się coś innego. Wybór był całkiem szeroki.
- Właściwie to sam nie wiem - odparł zgodnie z prawdą, spoglądając na wianki na stoisku. - Pamiętasz tamtą bardzo burzową noc kilka dni temu? Nie za bardzo było, co robić, bo zajęto się już większością przygotowań, więc spędziłem trochę czasu w bibliotece. Tak jakoś wyszło - wzruszył ramionami, nawet jeśli wewnątrz właśnie złapał się na tym, że być może brzmiało to trochę...
...głupio? Nie, nie głupio. Po prostu nietypowo jak dla niego. Ostatnio robił wiele dziwnych rzeczy. Nie zamierzał pozwolić, aby weszło mu to w krew, ale po wielu miesiącach zastoju, miło było czuć jakąś odmianę od szarej i ponurej normy. Nie uważał tego za stracony czas, nawet jeśli zazwyczaj gonił za pracą.
Kiedy tak właściwie udało mu się to zrobić? Dobre, naprawdę dobre pytanie. Wydawało mu się bowiem, że w ostatnich dniach nie cierpiał na nadmiar czasu, a jednak jakimś cudem udało mu się wygospodarować go na tyle, żeby upleść całkiem przyzwoity wianek. Nie był to może szczyt rzemieślniczych umiejętności, Roise już z daleka widział, że na ołtarzu znajdowały się naprawdę zaskakujące podarunki dla Matki, jednak był wyjątkowo zadowolony z tego, co wyszło spod jego własnych palców. Zwłaszcza patrząc na ilość wolnego, na jakiego nadmiar zdecydowanie nie cierpiał.
Prawdę mówiąc, dopiero w tej chwili w pełni uświadomił sobie, że nie jest do końca pewien, co kierowało nim, gdy postanowił robić dar dla matki, nie zaś na przykład wziąć długą relaksującą kąpiel albo porządnie wyspać się przed nadchodzącym ślubem. Mimo wszystko, nie żałował, tamten wieczór był nieoczekiwanie przyjemny. Stanowił całkowitą odmianę od niemal wszystkiego, co zwykł robić, a przez to wydawał mu się bardzo potrzebny. W tym całym pośpiechu i w przedślubnym chaosie bardzo łatwo było mu bowiem zapominać o robieniu podstawowych rzeczy dla siebie samego.
Całe szczęście, nadal pomieszkiwali w domu, w którym mieli do dyspozycji pomoc skrzatów domowych. Dzięki temu nie musieli zbytnio gotować, pomieszczenia zawsze były posprzątane, a pranie robiło się niemalże samo. Tą wyjątkowo wygodną posługą skrzatów domowych, którą Ambroise bez wątpienia doceniał, nawet jeśli z wiadomych względów traktował to jak coś, co zwykło się dziać.
W mieszkaniu na Horyzontalnej nie korzystał z podobnej pomocy, jedynie czasami podsyłano mu Florę, która jednak głównie należała do jego ojca, ewentualnie do macochy czy siostry. On sam radził sobie bez tego, ale przy powrotach do Doliny czy jak teraz w Exmoor zaczynał doceniać posiadanie kogoś, kto sam z siebie zajmował się tymi najbardziej przyziemnymi czynnościami. Nawet organizacja ceremonii nie mogłaby obyć się bez tych dodatkowych rąk. Wiedział to.
I to prawdopodobnie dzięki temu udało mu się nie tylko znaleźć około trzy wolne godziny, lecz także spędzić je w całkiem bezproduktywny, ale przyjemny sposób. No, plecenie wieńca było produktywne, to fakt, ale późniejsze wróżby pewnie mógłby już sobie darować. Tyle tylko, że dzięki nim czuł się bardziej rozluźniony.
Teraz też miał naprawdę dobry nastrój, nawet jeśli chciał jak najszybciej odbębnić wizytę w tym miejscu, wracając jeszcze w okolice bardziej eleganckich sklepów w magicznym Londynie, aby zgodnie z ich ustaleniami zrobić tam dodatkowe zakupy dla tych bardziej wyszukanych najbliższych.
Później musieli rozstać się na późne obiady (czy tam wczesne kolacje) z rodzinami. Sam nie wiedział, kiedy ostatecznie miał dołączyć do Geraldine w Snowdonii, chociaż liczył, że i tu uda mu się jakoś zakrzywić czasoprzestrzeń i być tam stosunkowo wczesnym wieczorem, nie zaś w samym środku nocy. Nie sądził, aby miał zbyt mocno odpocząć przed kolejnym dniem, ale bez wątpienia nie pragnął zasiadywać się w Dolinie Godryka. Tym bardziej, że jutro ponownie mieli spotkać jego najbliższych.
Ba, nawet teraz rozejrzał się po okolicy, podczas gdy Rina wybierała odpowiedni dar, mając nieodparte wrażenie, że minęło ich co najmniej kilka znajomych twarzy. Wokół przewijało się jednak tyle osób, że trudno było śledzić, kto tak właściwie przyszedł, aby spełnić sabatową powinność. Wszyscy spieszyli się zresztą do domów.
- Masz to, co chciałaś? - Spytał po chwili, obracając głowę z powrotem w kierunku dziewczyny i stanowiska, patrząc na jej ręce.
Wianek jak wianek. Nie znał się specjalnie na mabonowym rzemiośle. Jeśli pasowało Geraldine, mogli to wziąć i udać się w kierunku ołtarza. Jeśli nie, na pewno miało znaleźć się coś innego. Wybór był całkiem szeroki.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down