07.11.2025, 10:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2025, 10:14 przez Brenna Longbottom.)
Brenna, wyjątkowo, nie zwracała uwagi na oznaki pozostałe po Spalonej Nocy na mugolskich budynkach i nie tylko dlatego, że niemagiczny Londyn ucierpiał mniej niż Pokątna i Horyzontalna. Tu i ówdzie, gdyby zadarła głowę w górę, mogłaby pewnie dostrzec nadpalone dachy czy wybite okna… ale skupiała się na ulicach, poszukując kogoś, kogo rozpozna.
Plan był prosty, i miał dwie wersje. Pierwsza, optymalna – Lovegooda tu nie ma, Brenna westchnie w duchu, że jest idiotką, i teleportuje się z jakiegoś ciemnego zaułka powrotem do pracy, bo chciała poogarniać jeszcze trochę papierów, a potem spróbuje ustalić, kto robił jej głupie żarty.
Druga, mniej optymalna: wypatrzy Lazarusa, z jego charakterystyczną, rudą czupryną, zaczepi go, pogadają pięć minut, a potem… no spróbuje ustalić, dlaczego jej dziennik nagle przewidywał przyszłość równie dobrze jak Morpheus.
Plany mają jednak to do siebie, że lubią brać w łeb.
Nie zobaczyła Lazarusa przed osiemnastą trzydzieści dwie. I już gdy uznała, że opcja pierwsza, na całe szczęście, dostrzegła go wreszcie, w tym samym momencie, w którym ruszył na przejście. Syknęła, rzucając się do biegu natychmiast, na sekundę przed tym, jak zza rogu wypadło to rozpędzone auto, bez wątpienia prowadzone przez jakiegoś mugolskiego wariata – może nie mknął sto dwadzieścia na godzinę, ale pewnie tylko dlatego, że ciężko byłoby mu wejść w zakręt, a przemysł motoryzacyjny jeszcze nie rozwinął się tak, by wyścigi były naprawdę emocjonujące… ale jechał o wiele, wiele za szybko.
af, czy zrobimy sobie poważniejszą krzywdę…
Brenna wypadła na ulicę w ślad za Lazarusem, a chwilę później mężczyzna mógł usłyszeć pisk opon, klakson, czyjeś krzyki, i poczuł uderzenie.
Na całe szczęście tym, co go uderzyło, nie było auto, a Brenna: wpadła na mężczyznę z impetem, tak że oboje przetoczyli się po ulicy, boleśnie obijając, ale samochód, który też przynajmniej spróbował odbić trochę na bok, przejechał tuż obok nich.
Brenna przez chwilę po prostu leżała, zapatrzona w szare, londyńskie niebo, z mocno walącym sercem. Była chyba trochę zdziwiona, że mózg nie alarmuje jej właśnie o tym, że się wykrwawia albo połamała. A potem powoli usiadła na chodniku, otumaniona od uderzenia. Jakiś mugol podbiegł, chcąc pomóc jej wstać, ale ona obejrzała się na Lazarusa, który upadł tuż obok.
- Panie Lovegood? - spytała, podchodząc do niego na czworakach, bo miała wrażenie, że nie zdoła tak od razu wstać.
Plan był prosty, i miał dwie wersje. Pierwsza, optymalna – Lovegooda tu nie ma, Brenna westchnie w duchu, że jest idiotką, i teleportuje się z jakiegoś ciemnego zaułka powrotem do pracy, bo chciała poogarniać jeszcze trochę papierów, a potem spróbuje ustalić, kto robił jej głupie żarty.
Druga, mniej optymalna: wypatrzy Lazarusa, z jego charakterystyczną, rudą czupryną, zaczepi go, pogadają pięć minut, a potem… no spróbuje ustalić, dlaczego jej dziennik nagle przewidywał przyszłość równie dobrze jak Morpheus.
Plany mają jednak to do siebie, że lubią brać w łeb.
Nie zobaczyła Lazarusa przed osiemnastą trzydzieści dwie. I już gdy uznała, że opcja pierwsza, na całe szczęście, dostrzegła go wreszcie, w tym samym momencie, w którym ruszył na przejście. Syknęła, rzucając się do biegu natychmiast, na sekundę przed tym, jak zza rogu wypadło to rozpędzone auto, bez wątpienia prowadzone przez jakiegoś mugolskiego wariata – może nie mknął sto dwadzieścia na godzinę, ale pewnie tylko dlatego, że ciężko byłoby mu wejść w zakręt, a przemysł motoryzacyjny jeszcze nie rozwinął się tak, by wyścigi były naprawdę emocjonujące… ale jechał o wiele, wiele za szybko.
af, czy zrobimy sobie poważniejszą krzywdę…
Rzut PO 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Brenna wypadła na ulicę w ślad za Lazarusem, a chwilę później mężczyzna mógł usłyszeć pisk opon, klakson, czyjeś krzyki, i poczuł uderzenie.
Na całe szczęście tym, co go uderzyło, nie było auto, a Brenna: wpadła na mężczyznę z impetem, tak że oboje przetoczyli się po ulicy, boleśnie obijając, ale samochód, który też przynajmniej spróbował odbić trochę na bok, przejechał tuż obok nich.
Brenna przez chwilę po prostu leżała, zapatrzona w szare, londyńskie niebo, z mocno walącym sercem. Była chyba trochę zdziwiona, że mózg nie alarmuje jej właśnie o tym, że się wykrwawia albo połamała. A potem powoli usiadła na chodniku, otumaniona od uderzenia. Jakiś mugol podbiegł, chcąc pomóc jej wstać, ale ona obejrzała się na Lazarusa, który upadł tuż obok.
- Panie Lovegood? - spytała, podchodząc do niego na czworakach, bo miała wrażenie, że nie zdoła tak od razu wstać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.