08.11.2025, 02:48 ✶
Myśl o tym, że nagle wokół zrobiło się podejrzanie pusto i czemu ta kobieta tak krzyczy? nie zdążyła się nawet w pełni uformować w głowie Lazarusa, nim uderzenie posłało go na asfalt.
Wrażenia dotarły do niego niemal jednocześnie. Pisk opon. Pęd powietrza za mijającym go o włos samochodem. Wybijające powietrze z płuc zderzenie z ziemią i ból przeszywający prawą nogę. Coś miękkiego, przetaczającego się wraz z nim. Nie coś. Ciało. Ktoś.
Wylądował na brzuchu i przez chwilę leżał z policzkiem przyciśniętym do płyt chodnika, łapiąc oddech, łącząc fakty. Samochód. Krzyk. Wypadek.
Ktoś go uratował.
Panie Lovegood?
Kobieta najwyraźniej pozbierała się szybciej od niego. Podciągnął pod siebie ręce i z bolesnym sapnięciem odepchnął się od ziemi. Spróbował podnieść się na kolana, ale ledwo przesunął prawą nogą po ziemi, ponownie zaatakował go obezwładniający, niemal wyciskający łzy z oczu ból. Opadł na lewe biodro, usiadł i podniósł wzrok na swą wybawczynię.
Brenda? Brenna? Longbottom w każdym razie, znał ją z widzenia, pracowała w Brygadzie Uderzeniowej. Szczęście w nieszczęściu, że trafił na czarownicę i to jeszcze koleżankę z pracy.
- Tak… - powiedział z wysiłkiem, krzywiąc się - Nic pani nie jest? Chyba powinienem dziękować…
Jego wybawczyni wydawała się uniknąć większych uszkodzeń - to Lazarus przyjął na siebie twarde lądowanie. Na szczęście impet uderzenia posłał ich z powrotem na chodnik, więc nie groziło im już przejechanie, ale wokół zgromadzili się gapie. Czarodziej pomacał się po kieszeni płaszcza - przez materiał wyczuł, że różdżka jest na swoim miejscu. Nie wydawała się złamana. Dobre i to.
- Nic państwu nie jest? Co za wariat, tak zapieprzać w środku miasta! - oburzał się ktoś.
Lazarus podjął próbę wstania, ale nie oderwał się nawet od ziemi. Z trudem stłumił jęk. Prawa noga ewidentnie nie nadawała się do użytku.
- Pogotowie chyba trzeba!
Natężenie bólu pozwalało podejrzewać złamanie nawet bez fachowej wiedzy. Lovegood jednak wolałby zdecydowanie Świętego Munga, niż mugolski szpital. Szkiele-Wzro może i było cholernie nieprzyjemne, ale przynajmniej działało szybko.
- Nie! - zaprotestował szybko, nie mając jeszcze pomysłu na sensowną wymówkę - Nie trzeba, my… ja… poradzę sobie jakoś. Poradzimy - doskonale zdawał sobie sprawę, że plącze się w zeznaniach, ale trudno było szybko myśleć wobec dojmującego bólu. Spojrzał na Brennę - Pracujemy razem - dodał tonem wyjaśnienia, w sumie trochę niepotrzebnie.
Wrażenia dotarły do niego niemal jednocześnie. Pisk opon. Pęd powietrza za mijającym go o włos samochodem. Wybijające powietrze z płuc zderzenie z ziemią i ból przeszywający prawą nogę. Coś miękkiego, przetaczającego się wraz z nim. Nie coś. Ciało. Ktoś.
Wylądował na brzuchu i przez chwilę leżał z policzkiem przyciśniętym do płyt chodnika, łapiąc oddech, łącząc fakty. Samochód. Krzyk. Wypadek.
Ktoś go uratował.
Panie Lovegood?
Kobieta najwyraźniej pozbierała się szybciej od niego. Podciągnął pod siebie ręce i z bolesnym sapnięciem odepchnął się od ziemi. Spróbował podnieść się na kolana, ale ledwo przesunął prawą nogą po ziemi, ponownie zaatakował go obezwładniający, niemal wyciskający łzy z oczu ból. Opadł na lewe biodro, usiadł i podniósł wzrok na swą wybawczynię.
Brenda? Brenna? Longbottom w każdym razie, znał ją z widzenia, pracowała w Brygadzie Uderzeniowej. Szczęście w nieszczęściu, że trafił na czarownicę i to jeszcze koleżankę z pracy.
- Tak… - powiedział z wysiłkiem, krzywiąc się - Nic pani nie jest? Chyba powinienem dziękować…
Jego wybawczyni wydawała się uniknąć większych uszkodzeń - to Lazarus przyjął na siebie twarde lądowanie. Na szczęście impet uderzenia posłał ich z powrotem na chodnik, więc nie groziło im już przejechanie, ale wokół zgromadzili się gapie. Czarodziej pomacał się po kieszeni płaszcza - przez materiał wyczuł, że różdżka jest na swoim miejscu. Nie wydawała się złamana. Dobre i to.
- Nic państwu nie jest? Co za wariat, tak zapieprzać w środku miasta! - oburzał się ktoś.
Lazarus podjął próbę wstania, ale nie oderwał się nawet od ziemi. Z trudem stłumił jęk. Prawa noga ewidentnie nie nadawała się do użytku.
- Pogotowie chyba trzeba!
Natężenie bólu pozwalało podejrzewać złamanie nawet bez fachowej wiedzy. Lovegood jednak wolałby zdecydowanie Świętego Munga, niż mugolski szpital. Szkiele-Wzro może i było cholernie nieprzyjemne, ale przynajmniej działało szybko.
- Nie! - zaprotestował szybko, nie mając jeszcze pomysłu na sensowną wymówkę - Nie trzeba, my… ja… poradzę sobie jakoś. Poradzimy - doskonale zdawał sobie sprawę, że plącze się w zeznaniach, ale trudno było szybko myśleć wobec dojmującego bólu. Spojrzał na Brennę - Pracujemy razem - dodał tonem wyjaśnienia, w sumie trochę niepotrzebnie.