07.11.2025, 14:36 ✶
Uśmiechnął się w kierunku Geraldine, gdy postanowiła docenić jego pracę. Tak, uważał swój wyrób za całkiem przyzwoity. Bez wątpienia zrobiło mu się wyjątkowo miło, gdy został doceniony, tym bardziej, że nigdy nie był specjalnie dobry w pracach manualnych. Nie przeznaczał zbyt wiele uwagi na naukę rzemiosła, którego nie uważał za potrzebne. Często gęsto wolał tak po prostu kupić konkretne wyroby, aniżeli wkładać czas i wysiłek w zrobienie czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem ktoś inny byłby w stanie wykonać w dwie, góra trzy godziny, podczas gdy jemu zajęłoby to kilka dni.
Tym razem sam zaskoczył się tym, że zrobił coś sam z siebie. Nie uważał jednak, że Rina miała jakikolwiek powód do tego, aby czuć się źle z kupnem czegoś na miejscu. W końcu nie był to konkurs na to, kto przyniesie lepszy znicz. Na to mieli jeszcze kilka tygodni, wbrew temu, w jaki sposób zachowywali się niektórzy ludzie podczas przynoszenia swych podarków na ołtarz.
Łapiąc się na tym, że przez dłuższą chwilę wlepiał wzrok w rzemieślniczkę (nawet jeśli patrzył przez nią, niekoniecznie na nią), odwrócił spojrzenie, zaczynając przypatrywać się twarzom w tłumie. Podczas poprzednich sabatów spotkał tu co najmniej kilka znanych mu osób, zatrzymując się, żeby z nimi porozmawiać, ale tym razem nikt konkretny nie przyciągnął jego uwagi. Być może chodziło o porę dnia, bo w końcu przybyli tu w tym niewielkim okienku, gdy wszyscy zazwyczaj jedli jakiś posiłek. Być może o coś innego.
Pożary Londynu wywróciły tutejsze zwyczaje do góry nogami. Nie dało się ukryć, że zarówno Pokątna, jak i kowen wyglądały w tej chwili zupełnie inaczej niż jeszcze rok wcześniej. Co prawda, Ambroise w zeszłym roku spędził Mabon głównie na dyżurze w szpitalu, wpadając tu tylko na chwilę, jeszcze krótszą niż ta planowana z Riną, ale ołtarz wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, aby dojść do wniosku, że wyjątkowo zatrwożeni czarodzieje podwójnie starali się wkupić w łaski Matki, jednocześnie pracując z tym, co mieli pod ręką. A było to raczej niewiele.
Dary składane na ołtarzu wahały się od tych wyjątkowo hojnych, poprzez te ładne i przemyślane, ale wykonane w sposób oszczędny, aż po takie, na których widok brwi same marszczyły się w wyrazie zdziwienia. Było tu zupełnie wszystko, z przewagą wyrobów z sezonowo dostępnych materiałów. Owoców, żołędzi czy kolorowych jesiennych liści. W przeciwieństwie do zeszłego roku, straganów z możliwością kupna profesjonalnie zrobionych wieńców było zdecydowanie mniej. A choć w powietrzu unosiła się całkiem miła woń słodyczy maskująca trochę pozostałości po dymie i pyle, Roise nie widział chyba ani jednego stoiska z niczym jadalnym.
Brakowało cukierków, jabłek w karmelu, kandyzowanych owoców czy orzechów w miodzie. Nie było także niczego słonego, co można byłoby zjeść w drodze powrotnej, tuż po złożeniu podarków. To była kolejna odmiana, odstępstwo od normy, bo jednak wydawało mu się, że przy bramie zazwyczaj rozkładał się ktoś, kogo normalnie mogliby odwiedzić. A oni nie zjedli niczego podczas pobytu na Pokątnej. Najwyraźniej był to błąd, co potwierdziło mu zarówno burczenie w jego brzuchu, jak i u przyszłej żony.
Stłumił westchnienie, starając się nie przestąpić z nogi na nogę ani nie pospieszać rzemieślniczki przy pomocy wzroku. Wiedział, że Geraldine ma sytuację pod kontrolą, dostatecznie pilnując tego, aby wianek już wkrótce trafił wprost do jej ręki.
Nie był specjalnie zainteresowany procesem twórczym, tajniki wykonywania podobnych dekoracji nigdy go nie ciekawiły. Może niesłusznie, bo gdyby przypatrzył się ruchom kobiety, być może następnym razem byłby w stanie stworzyć coś ładniejszego. Pytanie tylko, czy przy natłoku zajęć, jakie miały czekać na nich przez kolejne miesiące, naprawdę miał mieć czas i chęci na powtórkę z rozrywki?
Chyba niekoniecznie.
No nic. Najważniejsze, że kupowany wyrób znalazł się w ręce Geraldine, więc mogli ruszyć się z miejsca, żeby nie blokować kolejki na stragan i nie robić sztucznego tłoku. Choć...
...prawdopodobnie powinni? Kiedy bowiem Rina zamachała mu wiankiem przed twarzą, odpowiadając na pytanie, bez wątpienia dostrzegł, o co jej chodziło. Wianek był odrobinę...
...pokraczny? Nie gorszy niż wiele z tych, które pojawiły się już na ołtarzu, ale zdecydowanie było widać, że rzemieślniczce coś się przy nim nie do końca powiodło. Zwłaszcza jak na zapłacone pieniądze i przeznaczoną ilość czasu.
W pierwszej chwili chciał tak po prostu spytać, czy powinni cofnąć się na stoisko. Oczywiście, że mógłby to zrobić, aby wymienić albo poprawić przedmiot. W drugiej, niemal zaproponował, że po prostu wymienią się wiankami albo położą oba wspólnie, ale...
...nie zrobił tego. Nie zamierzał negować tego, co zdążyło paść z ust jego narzeczonej. Liczył się gest. Liczyła się pamięć. Nie chciał, żeby było jej przykro z powodu czegoś, co wcale nie zależało od niej, tylko od kogoś, kto prawdopodobnie nawet nie miał okazji dobrze przyjrzeć się własnej pracy, bo był tak zarobiony. Matka z pewnością miała docenić sam podarek. To nie był konkurs na znicz, tak?
- Na pewno zostaną docenione - stwierdził bez chwili namysłu, obierając kierunek w stronę luźniejszej części ołtarza, aby mogli wreszcie położyć oba dary.
Kładąc własny wieniec na właściwym miejscu, kiwnął do siebie głową. Tym razem pani od zajęć artystycznych zdecydowanie doceniłaby to, co zrobił. Zawsze mówiła, że był zdolny, tylko leniwy. Nie zamierzał jednak zmieniać tego stanu rzeczy. Plecenie wieńców wolał pozostawić rzemieślnikom, może tylko trochę mniej zapracowanym niż kobieta przy bramie kowenu.
Tym razem sam zaskoczył się tym, że zrobił coś sam z siebie. Nie uważał jednak, że Rina miała jakikolwiek powód do tego, aby czuć się źle z kupnem czegoś na miejscu. W końcu nie był to konkurs na to, kto przyniesie lepszy znicz. Na to mieli jeszcze kilka tygodni, wbrew temu, w jaki sposób zachowywali się niektórzy ludzie podczas przynoszenia swych podarków na ołtarz.
Łapiąc się na tym, że przez dłuższą chwilę wlepiał wzrok w rzemieślniczkę (nawet jeśli patrzył przez nią, niekoniecznie na nią), odwrócił spojrzenie, zaczynając przypatrywać się twarzom w tłumie. Podczas poprzednich sabatów spotkał tu co najmniej kilka znanych mu osób, zatrzymując się, żeby z nimi porozmawiać, ale tym razem nikt konkretny nie przyciągnął jego uwagi. Być może chodziło o porę dnia, bo w końcu przybyli tu w tym niewielkim okienku, gdy wszyscy zazwyczaj jedli jakiś posiłek. Być może o coś innego.
Pożary Londynu wywróciły tutejsze zwyczaje do góry nogami. Nie dało się ukryć, że zarówno Pokątna, jak i kowen wyglądały w tej chwili zupełnie inaczej niż jeszcze rok wcześniej. Co prawda, Ambroise w zeszłym roku spędził Mabon głównie na dyżurze w szpitalu, wpadając tu tylko na chwilę, jeszcze krótszą niż ta planowana z Riną, ale ołtarz wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, aby dojść do wniosku, że wyjątkowo zatrwożeni czarodzieje podwójnie starali się wkupić w łaski Matki, jednocześnie pracując z tym, co mieli pod ręką. A było to raczej niewiele.
Dary składane na ołtarzu wahały się od tych wyjątkowo hojnych, poprzez te ładne i przemyślane, ale wykonane w sposób oszczędny, aż po takie, na których widok brwi same marszczyły się w wyrazie zdziwienia. Było tu zupełnie wszystko, z przewagą wyrobów z sezonowo dostępnych materiałów. Owoców, żołędzi czy kolorowych jesiennych liści. W przeciwieństwie do zeszłego roku, straganów z możliwością kupna profesjonalnie zrobionych wieńców było zdecydowanie mniej. A choć w powietrzu unosiła się całkiem miła woń słodyczy maskująca trochę pozostałości po dymie i pyle, Roise nie widział chyba ani jednego stoiska z niczym jadalnym.
Brakowało cukierków, jabłek w karmelu, kandyzowanych owoców czy orzechów w miodzie. Nie było także niczego słonego, co można byłoby zjeść w drodze powrotnej, tuż po złożeniu podarków. To była kolejna odmiana, odstępstwo od normy, bo jednak wydawało mu się, że przy bramie zazwyczaj rozkładał się ktoś, kogo normalnie mogliby odwiedzić. A oni nie zjedli niczego podczas pobytu na Pokątnej. Najwyraźniej był to błąd, co potwierdziło mu zarówno burczenie w jego brzuchu, jak i u przyszłej żony.
Stłumił westchnienie, starając się nie przestąpić z nogi na nogę ani nie pospieszać rzemieślniczki przy pomocy wzroku. Wiedział, że Geraldine ma sytuację pod kontrolą, dostatecznie pilnując tego, aby wianek już wkrótce trafił wprost do jej ręki.
Nie był specjalnie zainteresowany procesem twórczym, tajniki wykonywania podobnych dekoracji nigdy go nie ciekawiły. Może niesłusznie, bo gdyby przypatrzył się ruchom kobiety, być może następnym razem byłby w stanie stworzyć coś ładniejszego. Pytanie tylko, czy przy natłoku zajęć, jakie miały czekać na nich przez kolejne miesiące, naprawdę miał mieć czas i chęci na powtórkę z rozrywki?
Chyba niekoniecznie.
No nic. Najważniejsze, że kupowany wyrób znalazł się w ręce Geraldine, więc mogli ruszyć się z miejsca, żeby nie blokować kolejki na stragan i nie robić sztucznego tłoku. Choć...
...prawdopodobnie powinni? Kiedy bowiem Rina zamachała mu wiankiem przed twarzą, odpowiadając na pytanie, bez wątpienia dostrzegł, o co jej chodziło. Wianek był odrobinę...
...pokraczny? Nie gorszy niż wiele z tych, które pojawiły się już na ołtarzu, ale zdecydowanie było widać, że rzemieślniczce coś się przy nim nie do końca powiodło. Zwłaszcza jak na zapłacone pieniądze i przeznaczoną ilość czasu.
W pierwszej chwili chciał tak po prostu spytać, czy powinni cofnąć się na stoisko. Oczywiście, że mógłby to zrobić, aby wymienić albo poprawić przedmiot. W drugiej, niemal zaproponował, że po prostu wymienią się wiankami albo położą oba wspólnie, ale...
...nie zrobił tego. Nie zamierzał negować tego, co zdążyło paść z ust jego narzeczonej. Liczył się gest. Liczyła się pamięć. Nie chciał, żeby było jej przykro z powodu czegoś, co wcale nie zależało od niej, tylko od kogoś, kto prawdopodobnie nawet nie miał okazji dobrze przyjrzeć się własnej pracy, bo był tak zarobiony. Matka z pewnością miała docenić sam podarek. To nie był konkurs na znicz, tak?
- Na pewno zostaną docenione - stwierdził bez chwili namysłu, obierając kierunek w stronę luźniejszej części ołtarza, aby mogli wreszcie położyć oba dary.
Kładąc własny wieniec na właściwym miejscu, kiwnął do siebie głową. Tym razem pani od zajęć artystycznych zdecydowanie doceniłaby to, co zrobił. Zawsze mówiła, że był zdolny, tylko leniwy. Nie zamierzał jednak zmieniać tego stanu rzeczy. Plecenie wieńców wolał pozostawić rzemieślnikom, może tylko trochę mniej zapracowanym niż kobieta przy bramie kowenu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down