07.11.2025, 17:19 ✶
Z Moną i Electrą -> przy Robercie i Mathildzie -> z Mathildą na parkiecie
Usłyszawszy wyniki losowania, zmarszczył na moment brwi. Ktoś tu ewidentnie nie odrobił pracy domowej. Jaki sens połączenia w parę ludzi, którzy i tak przyszli razem? Spojrzał na Electrę. Mógłby z nią zatańczyć i na pewno byłoby miło, ale… mógłby też wykorzystać nadarzającą się okazję.
- Obrazisz się, jak zamienimy się z Robertem? Nie zdążyłem zatańczyć z koleżanką z pracy… - zapytał cicho. Uzyskawszy zgodę - kochana Ellie, zawsze można było na nią liczyć! - nagrodził dziewczynę pełnym wdzięczności uśmiechem - Chodźmy! - ruszył z nią w stronę kuzyna, podchodzącego właśnie do Mathildy Quirrell.
- Odbijany! - oznajmił, zręcznym ruchem wkładając dłoń Electry w dłoń Roberta, a samemu stając przed przeznaczoną tamtemu tancerką.
– O, Tylka! - powitał ją z udawanym zaskoczeniem - A już się martwiłem, że nie zdążę z tobą zatańczyć!
Objął ją, uroczo drobną i tak z pozoru delikatną, że pewnie dałby się na to nabrać, gdyby nie wiedział lepiej, gdyby nigdy nie czuł pod materiałem jej sukienki, dresu, pod skórą wreszcie, napiętych, twardych jak stal mięśni. Iluzja miękkości. A czasami - pomyślał, przesuwając wzrokiem po czarująco uśmiechniętej Eugenii Jenkins i po stojącym w parze nieopodal groźnie wyglądającym mężczyźnie w mundurze aurora - iluzja siły. Uśmiechnął się do Quirrell, patrząc nią trochę z góry.
- Chociaż na koniec zatańczysz z kimś, kto wie, co robi - mruknął, nie mogąc sobie odmówić tej małej złośliwości, oczywistego przytyku do przepaści kondycyjnej między nim a Oleandrem - Jeśli masz jakieś życzenia, nie wahaj się.
Muzyka rozbrzmiała, a oni ruszyli w taniec. Walc zachęcał do szalonego wirowania po parkiecie, ale Hannibal odczuwał już pewne zmęczenie. Podejrzewał, że Mathilda również doceni chwilę wytchnienia. Płynęli więc spokojnie wśród innych par, pozostawiając przyjemność absolutnego zajechania własnych mięśni na kiedy indziej. Łagodne, bezpieczne kroki miały swój urok. Pozwalały poświęcić mniej uwagi otoczeniu, a więcej chociażby rozmowie.
- Tak dla jasności, wciąż uważam, że jesteśmy umówieni na jakiś wspólny performance - powiedział Selwyn, nawiązując do ich wcześniejszej wymiany zdań w garderobie. Obrócił ich w ciasnym piruecie, wspólny ruch, wspolny srodek ciężkości, malutki dwuosobowy wir na spokojnych wodach ostatniego tańca bankietu.
- Słyszałem, że zdarzało ci się występować u Anthony’ego? - poszukał wzrokiem Shafiqa - Chciałbym to kiedyś zobaczyć.
Usłyszawszy wyniki losowania, zmarszczył na moment brwi. Ktoś tu ewidentnie nie odrobił pracy domowej. Jaki sens połączenia w parę ludzi, którzy i tak przyszli razem? Spojrzał na Electrę. Mógłby z nią zatańczyć i na pewno byłoby miło, ale… mógłby też wykorzystać nadarzającą się okazję.
- Obrazisz się, jak zamienimy się z Robertem? Nie zdążyłem zatańczyć z koleżanką z pracy… - zapytał cicho. Uzyskawszy zgodę - kochana Ellie, zawsze można było na nią liczyć! - nagrodził dziewczynę pełnym wdzięczności uśmiechem - Chodźmy! - ruszył z nią w stronę kuzyna, podchodzącego właśnie do Mathildy Quirrell.
- Odbijany! - oznajmił, zręcznym ruchem wkładając dłoń Electry w dłoń Roberta, a samemu stając przed przeznaczoną tamtemu tancerką.
– O, Tylka! - powitał ją z udawanym zaskoczeniem - A już się martwiłem, że nie zdążę z tobą zatańczyć!
Objął ją, uroczo drobną i tak z pozoru delikatną, że pewnie dałby się na to nabrać, gdyby nie wiedział lepiej, gdyby nigdy nie czuł pod materiałem jej sukienki, dresu, pod skórą wreszcie, napiętych, twardych jak stal mięśni. Iluzja miękkości. A czasami - pomyślał, przesuwając wzrokiem po czarująco uśmiechniętej Eugenii Jenkins i po stojącym w parze nieopodal groźnie wyglądającym mężczyźnie w mundurze aurora - iluzja siły. Uśmiechnął się do Quirrell, patrząc nią trochę z góry.
- Chociaż na koniec zatańczysz z kimś, kto wie, co robi - mruknął, nie mogąc sobie odmówić tej małej złośliwości, oczywistego przytyku do przepaści kondycyjnej między nim a Oleandrem - Jeśli masz jakieś życzenia, nie wahaj się.
Muzyka rozbrzmiała, a oni ruszyli w taniec. Walc zachęcał do szalonego wirowania po parkiecie, ale Hannibal odczuwał już pewne zmęczenie. Podejrzewał, że Mathilda również doceni chwilę wytchnienia. Płynęli więc spokojnie wśród innych par, pozostawiając przyjemność absolutnego zajechania własnych mięśni na kiedy indziej. Łagodne, bezpieczne kroki miały swój urok. Pozwalały poświęcić mniej uwagi otoczeniu, a więcej chociażby rozmowie.
- Tak dla jasności, wciąż uważam, że jesteśmy umówieni na jakiś wspólny performance - powiedział Selwyn, nawiązując do ich wcześniejszej wymiany zdań w garderobie. Obrócił ich w ciasnym piruecie, wspólny ruch, wspolny srodek ciężkości, malutki dwuosobowy wir na spokojnych wodach ostatniego tańca bankietu.
- Słyszałem, że zdarzało ci się występować u Anthony’ego? - poszukał wzrokiem Shafiqa - Chciałbym to kiedyś zobaczyć.