07.11.2025, 18:02 ✶
Nie sposób było nie uśmiechnąć się pod nosem na to, w jaki sposób Sebastian określił przybranego wuja Geraldine. Być może chodziło o ten milisekundowy błysk w ciemnobrązowych oczach kaznodziei, może zaś o króciutką przerwę pomiędzy jedną a drugą częścią wypowiedzi. Może zaś o coś jeszcze innego na przykład stan nietrzeźwości, w jakim znajdował się sam Ambroise. Nie wiedział tego, ale nazwanie Yaskhiera artystą odrobinę go rozbawiło. Zwłaszcza w połączeniu z informacją o piciu bimbru z Gerardem, czego raczej nie robili ludzie dbający o swoje delikatne struny głosowe.
Ale co on tam wiedział. Nie był koneserem jakiejkolwiek konkretnej muzyki i w żadnym wypadku nie uważał się za melomana. W dodatku sam miał raczej wokal z gatunku tych, które brzmiały tolerowalnie dopiero po kilku głębszych i wciąż było to dosyć znacznym naciągnięciem prawdy. W istocie bowiem nawet wtedy brzmiał jak pies, któremu ktoś nadepnął na ogon, tylko może na sam czubek, nie na środek.
Mógł nie kojarzyć twarzy zaginionego, ale wydawało mu się dosyć jasne, że Yaskhier, jakkolwiek dobry by nie? był (chyba go nigdy nie słyszał, ale pewności nie miał, bo dużo osób), nie należał raczej do tego zacnego grona muzyków, jakich mógłby doceniać ktoś na poziomie Macmillana. Nazwanie go w ten sposób z pewnością musiało być choć częściowo sprzeczne z jego wrażliwym duchem estety. Ten zaś tego wieczoru najwyraźniej miał zostać wyjątkowo mocno wystawiony na próbę.
I to zaledwie moment po rozpoczęciu ich osobliwej wędrówki przez las, dosłownie kilka chwil później przez parę z mchu i paproci, jak Ambroise postanowił ich określać we własnej głowie przez najbliższe minuty. Nie wątpił bowiem, że do końca nocy wydarzy się coś, co dosyć skutecznie sprawi, że on sam zapomni o tym jakże kontrowersyjnym widoku. W końcu szukali kogoś, po kim można było spodziewać się wszystkiego, tylko nie spokojnego powrotu do rezydencji Yaxleyów po tym.
Greengrass, teraz już Greengrass-Yaxley, zamrugał na widok gestu krzyża poczynionego przez kaznodzieję, jednocześnie posyłając wymowne spojrzenie w kierunku pozostałych zgromadzonych, gdy ręka Sebastiana zatrzymała się na jego marynarce. Nie strzepnął jej, właściwie to praktycznie nie zareagował na ten chwyt, zdecydowanie zbyt mocno starając się nie parsknąć śmiechem na komentarze reszty.
No cóż. Może i dosyć często zdarzało mu się być hipokrytą, ale w tym przypadku nawet nie próbował podejmować wysiłku związanego z udawaniem, że czuje się jakkolwiek zgorszony zastaną sceną. Po pierwsze, przecież tak naprawdę niczego konkretnego nie widzieli. Ba, nie doznali nawet żadnych efektów dźwiękowych, nie tylko wizualnych, bo wtedy pewnie darowaliby sobie podchodzenie bliżej. Po drugie, kto nigdy nie poczuł zewu natury, nie korzystając z dobrej pogody, ten...
...no tak. A korzystanie z naturalnej ściółki w ciemnym lesie, nie z wygodnych warunków w namiocie? Wydawało mu się dosyć wymowne, nawet jeśli nie dostrzegł rysów twarzy nikogo z pary. Było ciemnawo, wszystko wydarzyło się szybko, więc ich tożsamość zapewne miała pozostać zagadką. Nie to, żeby go to jakoś specjalnie interesowało, o ile za dziewięć miesięcy nikt nie zapuka do nich o pomoc w odnalezieniu tego takiego tam, no, od strony Panny Młodej, ponoć z Kanady. Chociaż...
...łowca raczej nie uciekałby w aż tak nieudolny sposób, czyż nie? Równie dobrze, mógł to być ktoś znacznie bardziej miastowy, zwłaszcza zważywszy na wybór gąszczu, w którym ryzyko wystąpienia kleszczy było bardzo znaczące. No cóż.
Chyba mogli ruszyć dalej, odchodząc od leśnego siedliska zgorszenia, prawda?
Ale co on tam wiedział. Nie był koneserem jakiejkolwiek konkretnej muzyki i w żadnym wypadku nie uważał się za melomana. W dodatku sam miał raczej wokal z gatunku tych, które brzmiały tolerowalnie dopiero po kilku głębszych i wciąż było to dosyć znacznym naciągnięciem prawdy. W istocie bowiem nawet wtedy brzmiał jak pies, któremu ktoś nadepnął na ogon, tylko może na sam czubek, nie na środek.
Mógł nie kojarzyć twarzy zaginionego, ale wydawało mu się dosyć jasne, że Yaskhier, jakkolwiek dobry by nie? był (chyba go nigdy nie słyszał, ale pewności nie miał, bo dużo osób), nie należał raczej do tego zacnego grona muzyków, jakich mógłby doceniać ktoś na poziomie Macmillana. Nazwanie go w ten sposób z pewnością musiało być choć częściowo sprzeczne z jego wrażliwym duchem estety. Ten zaś tego wieczoru najwyraźniej miał zostać wyjątkowo mocno wystawiony na próbę.
I to zaledwie moment po rozpoczęciu ich osobliwej wędrówki przez las, dosłownie kilka chwil później przez parę z mchu i paproci, jak Ambroise postanowił ich określać we własnej głowie przez najbliższe minuty. Nie wątpił bowiem, że do końca nocy wydarzy się coś, co dosyć skutecznie sprawi, że on sam zapomni o tym jakże kontrowersyjnym widoku. W końcu szukali kogoś, po kim można było spodziewać się wszystkiego, tylko nie spokojnego powrotu do rezydencji Yaxleyów po tym.
Greengrass, teraz już Greengrass-Yaxley, zamrugał na widok gestu krzyża poczynionego przez kaznodzieję, jednocześnie posyłając wymowne spojrzenie w kierunku pozostałych zgromadzonych, gdy ręka Sebastiana zatrzymała się na jego marynarce. Nie strzepnął jej, właściwie to praktycznie nie zareagował na ten chwyt, zdecydowanie zbyt mocno starając się nie parsknąć śmiechem na komentarze reszty.
No cóż. Może i dosyć często zdarzało mu się być hipokrytą, ale w tym przypadku nawet nie próbował podejmować wysiłku związanego z udawaniem, że czuje się jakkolwiek zgorszony zastaną sceną. Po pierwsze, przecież tak naprawdę niczego konkretnego nie widzieli. Ba, nie doznali nawet żadnych efektów dźwiękowych, nie tylko wizualnych, bo wtedy pewnie darowaliby sobie podchodzenie bliżej. Po drugie, kto nigdy nie poczuł zewu natury, nie korzystając z dobrej pogody, ten...
...no tak. A korzystanie z naturalnej ściółki w ciemnym lesie, nie z wygodnych warunków w namiocie? Wydawało mu się dosyć wymowne, nawet jeśli nie dostrzegł rysów twarzy nikogo z pary. Było ciemnawo, wszystko wydarzyło się szybko, więc ich tożsamość zapewne miała pozostać zagadką. Nie to, żeby go to jakoś specjalnie interesowało, o ile za dziewięć miesięcy nikt nie zapuka do nich o pomoc w odnalezieniu tego takiego tam, no, od strony Panny Młodej, ponoć z Kanady. Chociaż...
...łowca raczej nie uciekałby w aż tak nieudolny sposób, czyż nie? Równie dobrze, mógł to być ktoś znacznie bardziej miastowy, zwłaszcza zważywszy na wybór gąszczu, w którym ryzyko wystąpienia kleszczy było bardzo znaczące. No cóż.
Chyba mogli ruszyć dalej, odchodząc od leśnego siedliska zgorszenia, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down