Warunki. Każdy stawiał swoje, aby mieć z tego korzyści. Aby w pewnym stopniu utrzymać ład i porządek, według swoich założeń. Nawet w rodzinie, co nie każdemu musiało się podobać. "Te warunki", pewnego dnia zostały odrzucone. Nigdy nieprzyjęte ponownie. Francis zadbał o to, aby nawet jego synowie, nie próbowali niczego robić za jego plecami. On także musiał mieć swoją kontrolę. Swoje warunki.
- Twoje warunki…Powtórzył. Jakby z zastanowieniem o czym ten pierdoli. Wpatrując poważnie w jego oblicze, nie bojąc nawet jego braku mrugnięcia.
- Nie przypominam sobie, abyś jakieś mi przedstawiał. Chyba, że masz na myśli dzisiejszą kolację.
Dodał, nie zważając na to jak jego słowa zostaną odebrane. Czy jako obraza, irytacja, kpina, żart? Doceniał tę gościnność, ale tym samym już na wstępnie, odniósł wrażenie, że Alexander, próbował, starał się, być swoim ojcem? Czy to złudny sen, aby Richard tak myślał?
Słuchał kuzyna wciąż, w między czasie przywitawszy się z Lorien, krytycznie oceniając jej kreację. Bardziej odnosząc się do jej barw. Zauważając także, brak obrączki. "Szybko o Nim zapomniałaś." – stwierdził w myślach. To był dla niego istny dowód hańbienia pamięci jego brata. Nawet, jeżeli go nie kochała. Nawet, jeżeli ich ślub, był tylko umową, papierkiem. Nie odniósł się do jej słów, o swoim przybyciu, odbierając je raczej wymuszona grzeczność z jej strony. Żmija, która teraz przepełzła teraz do tej posiadłości. Jeżeli Alexander nie wiedział, jak potrafiła ukąsić. To lepiej, żeby nie przewidział tego za późno.
Richardowi cisnęły się na usta kolejne słowa, mające testować cierpliwość kuzyna, lecz powstrzymał się od ich wypowiedzenia. Fakt. Alexander jednak trafnie dobrał słowa, odnosząc się do goszczenia w tym domu osób z pewną rangą. Wdów mieli tutaj trzy. Gdy tak przelotnie jeszcze Richard skierował wzrok na matkę swojego ojca, Philomenę, a także matkę Alexandra, Selinę. Kończąc mało przyjemnym spojrzeniem na Lorien. Z kolei sieroty? Także były w ich rodzinie. Postanowił więc, odpowiedzieć w końcu na wcześniejsze słowa szwagierki.
- Cieszę się, Cię widząc.Krótka gra słów, z jaką potrafili ze sobą rozmawiać, wyrażając w ten sposób niechęć. Kłamiąc tak dobrze, żeby inny uwierzyli. Tak jak ona wobec niego, tak on jej odpowiedział.
Mógł nic nie mówić. Mógł zamilknąć. Poznał się na Lorien z innej strony. Mógłby szwagierkę, porównać do wdów królów. Które nie mając dziedzica, następcy tronu swojego męża, zmuszone są do ucieczki w bezpieczne miejsce.
Skoro jednak Alexander tak bacznie pilnował Lorien, Richard zostawił ich, stając przy swoim miejscu, dostrzegając zaraz przybycie Charlotte. Ubranej odpowiednio do kolacji. Całe szczęście, że dzisiejsze zakupy nie poszły na marne. Wyłapał jej pytające spojrzenie i sam rozejrzał się w poszukiwaniu swojej córki, która jak zawsze nie pozwalała na siebie czekać. Gestem głowy wskazał Charlotte witającą się ze wszystkimi Scarlett. Miał nadzieję, że dziewczyny jako kuzynki, dogadają się.
Jego córka jak zawsze prezentowała się odpowiednio. Jednakże w tym wszystkim był jeden minus… słodkawy zapach wanilii. Czy będzie się gryzł, z jego tytoniowym, gdy będą siedzieli obok siebie? Poczuł jej dłoń na swoim ramieniu, więc spojrzał z zapewnieniem, że się trzyma. Daje sobie radę. Na jej gest powitania, dotknął jej dłoni i pogładził.
Zapoznanie się młodych dziewczyn, zostawił im.
Czy Richard specjalnie ubrał się tak, aby wszystkim przypominać Roberta? Być może. Być może też on sam potrzebował tego dokonać, jakby chciał brata poczuć znacznie bliżej siebie. W sobie.
Zajął swoje miejsce. Wtedy, gdy zrobili to także wszyscy. Alexander postanowił wznieść toast. Pamiętając jego przemowy z różnych miejsc, choćby pamiętny wieczór hazardowy. Nie spodziewał się niczego innego, jak właśnie… Tych kilku słów Za żywych, i za umarłych – padły słowa. Może i wystarczające?
'Mówcą, to Ty zawsze byłeś beznadziejnym." – stwierdził w myślach Richard. Dołączając do tego toastu. Sięgając swój kielich.