- Wiesz, że nie jestem najlepsza w takie rzeczy. - To było niedopowiedzeniem. W ogóle nie miała smykałki do tworzenia własnych przedmiotów. Gdyby miała coś stworzyć sama, zapewne wyglądałoby to na wyrób przedszkolaka, albo jeszcze młodszego dzieciaka. Istotne, że zdawała sobie z tego sprawę, przynajmniej była świadoma tego, że w jej przypadku kupno darów było jedyną opcją, która również okazała się nieco wadliwa... - Beltane było wyjątkowe, faktycznie tamten wianek nie był najgorszy, strasznie dzielnie walczyłeś z tym palem. - To, że Cameronowi nie udało się wygrać tej walki nie było istotne, jak widać nic nie mogło zepsuć tego, co ich łączyło. Tak właściwie to przecież po wydarzeniach związanych z Beltane zbliżyli się do siebie tak bardzo, że zostali narzeczeństwem.
Wood nie pamiętała wszystkiego, co wydarzyło się tamtej nocy. Była to dość trudna przeprawa z śmierciożercami, kiedy mogła stracić życie. Miała sporo szczęścia, że udało jej się wyjść z tamtego sabatu w jednym kawałku, mimo tego, że została zakopana żywcem w dole. Gdyby nie Brenna... cóż, byłoby ciężko. Wszystko jednak jakoś się ułożyło. Właściwie to poza kilkutygodniowym, przymusowym urlopie nie skończyło się to najgorzej.
Kiedy składała wianek na ołtarzu na chwilę się zamyśliła. Miała pewne intencje, które chciała, aby się spełniły żeby Voldemorta szlag trafił, śmierciożercy dostali sraczki (najlepiej tygodniowej), a jej przyjaciele żyli długo i szczęśliwie. Skupiła się na tych życzeniach, bo afirmowanie dobrych rzeczy miało sens - przynajmniej jej zdaniem, nie bez powodu przecież się tutaj znaleźli.
Odsunęli się na bok, żeby nie zagradzać przejścia do stolika. Nie do końca była zadowolona z tego, jak jej stroik prezentował się na tle innych, ale widziała też gorsze. Miała nadzieję, że Matka nie skupi się na wyglądzie podarunków tylko na tym, co dla niej robili.
- Mam wrażenie, że całe miasto okryła ta sadza. - Słyszała o tym, jak trudno było się jej pozbyć. Pewnie z czasem mieszkańcy Londynu jakoś sobie z tym poradzą, chociaż kiedy wszystko wróci do normy i czy w ogóle wróci? Nie miała pojęcia.
- Dom Brenny mocno ucierpiał, nie dziwi mnie to, mam wrażenie, że wiedzieli, gdzie trafiać. - Powiedziała cicho do Camerona, żeby nikt jej nie usłyszał. - Mamy ręce pełne roboty, ale to pewnie tak samo jak wy, podejrzewam, że nie skończy się to szybko. - Ofiar było wiele, tak samo jak spraw z tym związanych. Po pracy działała jeszcze w Zakonie Feniksa próbując pomóc tym, którzy nie mieli jak sobie sami poradzić, to był naprawdę bardzo pracowity czas. Najgorsze, że zbliżała się zima, wypadałoby szybko uwinąć się z tymi zniszczeniami, aby ludzie mieli dach nad głową kiedy nadejdzie.