Sam nie rozumiał, nie umiał zrozumieć tego, co zadziało w jego mieszkaniu. Nagle wybito szybę. Potem pojawił ogień i strawił mu prawie całą połowę mieszkania. A na koniec, krzesło zaczęło dziwnie się zachowywać. Jakby opętano je jakąś klątwą. Lubże komuś nie udała się jakaś tam eksterioryzacja i zamiast wrócić do ciała, została w… krześle. Nie miał czasu nad tym się zastanawiać, ani z tym absurdalnie "żywym" krzesłem rozmawiać. Tak nisko jeszcze nie upadł. Dlatego też miał trochę problem ze znalezieniem odpowiednich słów, żeby przedstawić jego sytuację Astorii. To zaś sprawiło, że mimo podupadłego ciała na zdrowiu, odrobinę rozbawił pannę Avery.
Zdecydowanie zaskakujące, że nie marudził na swoje ubranie, kiedy go tak trzymała. Dla niektórych osób, potrafił poświęcić swoje dobra materialne, przegryzając policzki od wewnątrz. Znosząc ten trud. Sytuacja na zewnątrz, też mu nie pomagała w zachowaniu czystości na sobie. Bowiem jak dobrze zauważała Astoria, widząc jego ubiór lepiej niż on mógłby spojrzeć na siebie bez lustra, popiół osiadał na materiałach.
Odczekał cierpliwie, aż będzie gotowa. Nie ukrywając po sobie tej zatroskanej powagi o jej zdrowie. To jak się męczyła. Był gotów ją nawet w tej chwili, podczas teleportacji okłamać. Zamiast przenieść ich pod Galerię, znaleźć się przed Szpitalem Świętego Munga. Ktoś powinien ją natychmiast zbadać. W takim stanie istniało spore ryzyko, że nie przetrwa tej nocy. Udusi się od tego dymu. Co mógł zrobić, jak kobieta bywa uparta gorzej od osła? Bo przecież nie od niego.
Mając potwierdzenie z jej strony, że jest gotowa. Chwycił ją mocno, za dłoń. Tak jak chciała. Choć gotów był objąć ją w swoim ramieniu, mieć jej twarz blisko swojej. Tak jak kiedyś. Tak jak w zbliżonym tańcu. Tak jak wtedy ją pocałował. Wolała mocny, uścisk ich dłoni. Ich długich palców.
Teleportował ich przed Galerię, tak jak prosiła. Nie puszczał jej, domyślając, że z takim stanem zdrowia, mogłaby to nie znieść najlepiej. Wciąż był dla niej oparciem, aż nie przemówiła. Zaskakując go po raz kolejnym.
- Jesteś pewna?Zapytał z powagą, nie ukrywając w głosie wątpliwości o to, czy ona sobie poradzi. Mógłby zostać z nią, do samego wejścia. Upewnić się, że będzie w środku.
"Powinieneś iść." – usłyszał. A te słowa jak echo odbiły mu się w głowie.
- Tak po prostu?
Znów zapytał zaskoczony. Jakby odczuł cios po raz kolejny. Pomógł. A ona go już nie potrzebowała.
- Mógłbym…
Próbował ją przekonać. Ale to na nic. Jej stanowcze Idź zatrzymało go w swoim miejscu. Stał jeszcze dłuższą chwilę, jakby liczył na zmianę jej zdania. Astoria była jednak nieugięta. Kiwnął głową, jakby rozumiał przekaz.
- Jak sobie życzysz. Panno Avery.
Ukłonił się w geście pożegnania. Wyprostował, cofnął o dwa kroki, odwrócił się i oddalał. Jego sylwetka znikała w dymie.
"Kobiety…" – pomyślał z wewnętrzną wściekłością. Otrzepując swoją szatę wyjściową, jakby chciał rozprostować zgniecenia.