08.11.2025, 00:12 ✶
Tak, tydzień.
A jednak Eden wydawało się, że minęła cała pora roku - może nawet dwie - odkąd świat zajaśniał płomieniem i skurczył się w do wypalonego kształtu tego, co zostało po Spalonej Nocy. W epicentrum zniszczenia, tam gdzie powietrze wciąż miało smak metalu i umierającej magii, nie znalazła niczego, co mogłaby uznać za własną stratę. Tak, spłonęły mieszkania, których rzekomo była właścicielem, ale przecież to wszystko były pieniądze jej ojca. Poniekąd cieszyła się, że własnymi poczynaniami sprawił, że w powietrze poszedł jego własny majątek, a jednak coś w niej pękło. Może nie tak spektakularnie jak w życiu Anthony’ego, bez utraty bliskich, bez pogrzebów, które nosi się w sercu jak ołowiane obrączki. Ale pęknięcie było prawdziwe - drobne, wewnętrzne, niewidoczne dla świata.
Coś, co przypominało jej, że nawet ona może nie być niezniszczalna.
Przez tydzień wchłaniała każde westchnienie Londynu, każdy szept zgliszczy, każde wspomnienie, które niosło się echo po pustych ulicach. Czuła, jakby sama coś utraciła, choć nie potrafiła wskazać palcem czego. Może ostatnią iluzję bezpieczeństwa, może resztki wiary, że przyszłość daje się poskromić siłą woli. Może status quo, który wyznała rzewniej niż jakiekolwiek bóstwo. Gdy otrzymała list Anthony’ego, słowa unosiły się nad pergaminem jak odłamki popękanego od gorąca szkła - ostre, pełne przemilczeń, a jednak prowadzące ku obietnicy.
W Little Hangleton panowała cisza cięższa niż noc. Rezydencja wydawała się snem, w którym ktoś powycinał żywe elementy i zostawił jedynie puste przestrzenie. Krótkie zaklęcie zawiesiło wodę w fontannie; Eden obserwowała, jak tafla zamiera w powietrzu, jakby czas zatrzymał oddech. A potem ziemia przełamała się, odsłaniając schody.
Schodząc w dół, czuła, że opuszcza świat, w którym miała jakiekolwiek maski.
Pomieszczenie przywitało ją odbiciami. Dziesiątkami odbić. Wszystkie wersje jej samej stały bez ruchu, nieme, z nienaturalną zgodnością. Srebro otulało wszystko; nawet powietrze zdawało się odbijać od ścian. Anthony zamknął drzwi, które natychmiast wtopiły się w otoczenie, i Eden poczuła, jak salę wypełnia oczekiwanie. Jakby podłoga, ściany, odbicia... Jakby wszystko czekało na jej reakcję.
Usiadła na zydlu, może z powodów estetycznych, może dlatego, że nie ufała siedziskom stworzonym chwilę wcześniej. Widziała, że Antek patrzył na nią z ostrożną nadzieją, jak człowiek, który właśnie dał komuś klucz do miejsca, którego nie otwiera się nawet przed rodziną.
- Wybacz, ale muszę zapytać. Po co właściwie ci takie pomieszczenie? - Przechyliła głowę, odzywając się wreszcie. Pomieszczenie na eksponaty rozumiała, sali pełnej luster już nie. Może nie zdziwiłaby się, gdyby zastała taką w Ministerstwie, może na takie próby wystawiali Niewymownych (co wyjaśniałoby, czemu Alexander jest taki skrzywiony), ale w prywatnym domu? Co tak właściwie robił Anthony w wolnym czasie? Czy rozmawiali o tym kiedykolwiek tak naprawdę?
Niemniej nie chciała odwrócić tym pytaniem uwagi od sedna sprawy - spojrzała na białą bilę w dłoniach Shafiqa, a potem kątem oka na jej odbicie w lustrze po swojej prawicy. W końcu sam wspomniał, że na pewne rzeczy trzeba spoglądać tutaj z innej perspektywy.
A potem wyjęła różdżkę zza pazuchy marynarki i spróbowała tę kulę rozproszyć.
A jednak Eden wydawało się, że minęła cała pora roku - może nawet dwie - odkąd świat zajaśniał płomieniem i skurczył się w do wypalonego kształtu tego, co zostało po Spalonej Nocy. W epicentrum zniszczenia, tam gdzie powietrze wciąż miało smak metalu i umierającej magii, nie znalazła niczego, co mogłaby uznać za własną stratę. Tak, spłonęły mieszkania, których rzekomo była właścicielem, ale przecież to wszystko były pieniądze jej ojca. Poniekąd cieszyła się, że własnymi poczynaniami sprawił, że w powietrze poszedł jego własny majątek, a jednak coś w niej pękło. Może nie tak spektakularnie jak w życiu Anthony’ego, bez utraty bliskich, bez pogrzebów, które nosi się w sercu jak ołowiane obrączki. Ale pęknięcie było prawdziwe - drobne, wewnętrzne, niewidoczne dla świata.
Coś, co przypominało jej, że nawet ona może nie być niezniszczalna.
Przez tydzień wchłaniała każde westchnienie Londynu, każdy szept zgliszczy, każde wspomnienie, które niosło się echo po pustych ulicach. Czuła, jakby sama coś utraciła, choć nie potrafiła wskazać palcem czego. Może ostatnią iluzję bezpieczeństwa, może resztki wiary, że przyszłość daje się poskromić siłą woli. Może status quo, który wyznała rzewniej niż jakiekolwiek bóstwo. Gdy otrzymała list Anthony’ego, słowa unosiły się nad pergaminem jak odłamki popękanego od gorąca szkła - ostre, pełne przemilczeń, a jednak prowadzące ku obietnicy.
W Little Hangleton panowała cisza cięższa niż noc. Rezydencja wydawała się snem, w którym ktoś powycinał żywe elementy i zostawił jedynie puste przestrzenie. Krótkie zaklęcie zawiesiło wodę w fontannie; Eden obserwowała, jak tafla zamiera w powietrzu, jakby czas zatrzymał oddech. A potem ziemia przełamała się, odsłaniając schody.
Schodząc w dół, czuła, że opuszcza świat, w którym miała jakiekolwiek maski.
Pomieszczenie przywitało ją odbiciami. Dziesiątkami odbić. Wszystkie wersje jej samej stały bez ruchu, nieme, z nienaturalną zgodnością. Srebro otulało wszystko; nawet powietrze zdawało się odbijać od ścian. Anthony zamknął drzwi, które natychmiast wtopiły się w otoczenie, i Eden poczuła, jak salę wypełnia oczekiwanie. Jakby podłoga, ściany, odbicia... Jakby wszystko czekało na jej reakcję.
Usiadła na zydlu, może z powodów estetycznych, może dlatego, że nie ufała siedziskom stworzonym chwilę wcześniej. Widziała, że Antek patrzył na nią z ostrożną nadzieją, jak człowiek, który właśnie dał komuś klucz do miejsca, którego nie otwiera się nawet przed rodziną.
- Wybacz, ale muszę zapytać. Po co właściwie ci takie pomieszczenie? - Przechyliła głowę, odzywając się wreszcie. Pomieszczenie na eksponaty rozumiała, sali pełnej luster już nie. Może nie zdziwiłaby się, gdyby zastała taką w Ministerstwie, może na takie próby wystawiali Niewymownych (co wyjaśniałoby, czemu Alexander jest taki skrzywiony), ale w prywatnym domu? Co tak właściwie robił Anthony w wolnym czasie? Czy rozmawiali o tym kiedykolwiek tak naprawdę?
Niemniej nie chciała odwrócić tym pytaniem uwagi od sedna sprawy - spojrzała na białą bilę w dłoniach Shafiqa, a potem kątem oka na jej odbicie w lustrze po swojej prawicy. W końcu sam wspomniał, że na pewne rzeczy trzeba spoglądać tutaj z innej perspektywy.
A potem wyjęła różdżkę zza pazuchy marynarki i spróbowała tę kulę rozproszyć.
Rzut PO 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~