08.11.2025, 00:26 ✶
Zdecydowanie nie mógł powiedzieć, by był jakoś szczególnie obeznany z planem pięter w Ministerstwie Magii. Nie bywał tu na tyle często, żeby dokładnie orientować się w rozkładzie korytarzy, co raczej było widać w momencie, w którym jeszcze dzielnie szli przed siebie i starali się wierzyć, że nareszcie znajdą ten właściwy gabinet. Całe szczęście, droga w drugą stronę miała to do siebie, że była łatwiejsza. Tym razem też mieli jasny cel, ewidentnie wspólny, ponieważ wystarczyło wyłącznie jedno spojrzenie na bladość lica Riny, żeby poczuł jej dyskomfort.
No, naprawdę. Przecież był wyjątkowo empatyczny. Na tyle, że teraz sam też doznawał popołudniowych mdłości, ledwo powstrzymując powracający odruch wymiotny.
Może to był jakiś sposób walki z petentami? Być może, gdy raz trafili do nory Blacka, robili wszystko, aby już nie musieć do niej powracać? Czyż nie było to wyjątkowo proste rozwiązanie dla kogoś, kto najpewniej i tak nic nie czuł przez wypalone receptory w nozdrzach?
Morganie dzięki, nie wyglądało na to, żeby popełnili jakikolwiek błąd w wypełnianiu rubryczek we wnioskach o legalizację małżeństwa i zmianę nazwiska. W innym wypadku z pewnością spędziliby tam na tyle długo, że Roise teraz czołgałby się w stronę najbliższego kosza na śmieci, nie zaś całkiem szybkim krokiem zmierzał w kierunku, w którym wydawało mu się, że mieszczą się windy.
Co prawda, nie miał zupełnej pewności, że idą dobrze, ale po prawdzie liczył na to, że ich wspólna orientacja w terenie pomoże im jak najszybciej wydostać się z tego biurokratycznego piekła. Tym bardziej, że nieuchronnie nadchodził już koniec dnia, przynajmniej według standardów tego miejsca, toteż i tak puste korytarze wkrótce miały całkowicie opustoszeć. Nadeszła najwyższa pora, aby wydostać się na powierzchnię.
Winda. Byli zgodni, co do tego, że tym razem należało ją wziąć, nawet jeśli oboje byli aktywni. Sam Ambroise zazwyczaj wybierał schody, ale tym razem po prostu potrzebował tu i teraz znaleźć się na zewnątrz. Nie musiał zbyt wiele pytać, aby być święcie przekonanym, że jego Najdroższa również pragnęła tego samego. Jak nic, oboje byli stworzeni do przebywania w tym budynku, zwłaszcza w towarzystwie najdzielniejszych i najbardziej kompetentnych z pracowników. Tak, dostrzegł tamten wyraz twarzy Cepheusa, nie, wyjątkowo go nie skomentował, ale bez wątpienia zamierzał to zrobić. Tyle tylko, że później.
Teraz bowiem niemalże głęboko westchnął, spostrzegając drzwi windy i to, jak szybko się przed nimi otwarły. Może ten dzień naprawdę miał być dla nich pomyślny?
- Co nie? Nie mogę doczekać się kolejnego razu - skwitował, starając się zignorować fakt, że w ciasnej, dusznej przestrzeni puszki na ludzi jakby intensywniej śmierdziało puszką na koty.
Otworzył usta, aby wydobyć z nich kolejny światły komentarz, zwracając twarz w kierunku żony i wtedy...
- Poczułaś to? - Trzaśnięcie, niewielkie, ale wyczuwalne, miał wręcz wrażenie, że winda trochę się...
...zachwiała?
Nie, z pewnością tylko mu się wydawało. To było Ministerstwo Magii. A w Ministerstwie Magii wszystko zawsze działało właściwie, prawda? Prawda?
No, naprawdę. Przecież był wyjątkowo empatyczny. Na tyle, że teraz sam też doznawał popołudniowych mdłości, ledwo powstrzymując powracający odruch wymiotny.
Może to był jakiś sposób walki z petentami? Być może, gdy raz trafili do nory Blacka, robili wszystko, aby już nie musieć do niej powracać? Czyż nie było to wyjątkowo proste rozwiązanie dla kogoś, kto najpewniej i tak nic nie czuł przez wypalone receptory w nozdrzach?
Morganie dzięki, nie wyglądało na to, żeby popełnili jakikolwiek błąd w wypełnianiu rubryczek we wnioskach o legalizację małżeństwa i zmianę nazwiska. W innym wypadku z pewnością spędziliby tam na tyle długo, że Roise teraz czołgałby się w stronę najbliższego kosza na śmieci, nie zaś całkiem szybkim krokiem zmierzał w kierunku, w którym wydawało mu się, że mieszczą się windy.
Co prawda, nie miał zupełnej pewności, że idą dobrze, ale po prawdzie liczył na to, że ich wspólna orientacja w terenie pomoże im jak najszybciej wydostać się z tego biurokratycznego piekła. Tym bardziej, że nieuchronnie nadchodził już koniec dnia, przynajmniej według standardów tego miejsca, toteż i tak puste korytarze wkrótce miały całkowicie opustoszeć. Nadeszła najwyższa pora, aby wydostać się na powierzchnię.
Winda. Byli zgodni, co do tego, że tym razem należało ją wziąć, nawet jeśli oboje byli aktywni. Sam Ambroise zazwyczaj wybierał schody, ale tym razem po prostu potrzebował tu i teraz znaleźć się na zewnątrz. Nie musiał zbyt wiele pytać, aby być święcie przekonanym, że jego Najdroższa również pragnęła tego samego. Jak nic, oboje byli stworzeni do przebywania w tym budynku, zwłaszcza w towarzystwie najdzielniejszych i najbardziej kompetentnych z pracowników. Tak, dostrzegł tamten wyraz twarzy Cepheusa, nie, wyjątkowo go nie skomentował, ale bez wątpienia zamierzał to zrobić. Tyle tylko, że później.
Teraz bowiem niemalże głęboko westchnął, spostrzegając drzwi windy i to, jak szybko się przed nimi otwarły. Może ten dzień naprawdę miał być dla nich pomyślny?
- Co nie? Nie mogę doczekać się kolejnego razu - skwitował, starając się zignorować fakt, że w ciasnej, dusznej przestrzeni puszki na ludzi jakby intensywniej śmierdziało puszką na koty.
Otworzył usta, aby wydobyć z nich kolejny światły komentarz, zwracając twarz w kierunku żony i wtedy...
- Poczułaś to? - Trzaśnięcie, niewielkie, ale wyczuwalne, miał wręcz wrażenie, że winda trochę się...
...zachwiała?
Nie, z pewnością tylko mu się wydawało. To było Ministerstwo Magii. A w Ministerstwie Magii wszystko zawsze działało właściwie, prawda? Prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down