08.11.2025, 14:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2025, 14:10 przez Lorien Mulciber.)
Mogła powstrzymać Alexandra. Mogła poprosić go, żeby przestał. Mogła wciąć się w rozmowę z krótkim “Już wystarczy. On przecież to wszystko wie.”. Nie zrobiła tego. Zamiast tego stała w pokornym milczeniu, starając się nie zwracać uwagi na palce jasnowidza coraz mocniej zaciskające się na twardym materiale gorsetu otulającego jej talię. Każdy jeden pierścień wbijał się nieprzyjemnie w jej ciało. Uziemienie. Pytanie tylko które z nich tego potrzebowało bardziej?
- Dziękuję, że zrobiłeś mi tą przyjemność.
Skinęła głową z łagodnym uśmiechem na słowa, kompletnie ignorując już obecność Richarda, niewzruszona jego spojrzeniem czy ciężką, sztuczną atmosferą jaka zapadła między nimi. Grzeczności zostały wymienione.
Po czym Lorien Mulciber miałaby nosić żałobę? Po pustej małżeńskiej sypialni? Niedopełnionych obowiązkach? Wzgardliwym testamencie, który nie pozostawił jej wdowiego knuta, by mogła nim się udławić? Wzgardzie szwagra?
Piękne były opowieści o żonach utęsknionych, konających po utracie swoich mężów. Ale Lorien nie była jedną z nich. Nie otrzymała tego co jej się wraz z wdowieństwem należało, więc jak śmiali rościć sobie prawo do jej żałoby? Miałki człowiek, który po śmierci nie pozostawił po sobie nic poza bękartem i osamotnioną córką bez męża i przyszłości, nie był wart złamanego knuta. A już na pewno nie był wart wdziania czerni przez kobietę, którą wzgardzał za życia.
- Wola Pana na Mulciber Manor jest prawem.- Odparła, bo gdy Alexander ucałował jej dłoń, musiał się zgarbić i skłonić. Wdowa królów rzeczywiście zdawało się nie być tak odległą prawdą. Uśmiechnęła się dygając zgrabnie tuż po pocałunku.
W końcu i ona dostała milczącą zgodę, żeby zająć swoje miejsce przy stole.
Zrobiła to, po drodze witając się grzecznie z całą resztą zebranych.
Uśmiechnęła się ciepło do Charlotte. Nie, nie podejrzewała, że przyjdzie w łachmanach czy dresie, wszem i wobec pokazując rodzinie gdzie teraz mieszka. To nie była rzecz, którą powinien się ktokolwiek chwalić. Podobny uśmiech posłała zresztą Scarlett siedzącej obok.
- Dziewczynki, obie wyglądacie dzisiaj prześlicznie.
Nie było w jej głosie przygany, której może obie Mulciberówny mogły się podskórnie spodziewać. Bo chociaż to Philomena potrafiła jednym ostrym spojrzeniem usadzić człowieka w miejscu i ukrócić dziecinne wymysły, to czasami lorkowe „nie jestem zła, jestem po prostu bardzo rozczarowana” bolało o wiele mocniej. A jednak - nie skrytykowała Lotte za to, że nie wybrała żadnej z kreacji, którą jej podesłała. Nie skomentowała jakże… interesującego doboru biżuterii Scarlett.
Pamiętała przecież Charlotte jeszcze z czasów, gdy ta była podlotkiem i biegała po pracowni swojej matki owinięta w drogie jedwabie i koronki niczym dama na balu. Sama dziecku zresztą wycierała nos z krwi, gdy się w stercie materiałów potknęła i wyrżnęła jak długa, a Lillianna tylko kręciła głową. “Gdyby kózka nie skakała…” mawiała ostro jej przyjaciółka, a Lorien tylko śmiała się cicho, sadzając rozżaloną Lottie na kolanach. “To by smutne życie miała, Lily.” mówiła wtedy, ocierając dziecięce policzki z łez. Ale teraz to dziecko wyrosło na młodą, czystokrwistą pannę i Lorien nie mogła pozbyć się wrażenia, że na jakimś etapie ją zawiodła. Trzymały się umowy - jedna informowała drugą, że żyje, a ta druga nie wtrącała się w jej życie; mimo to na wszelki wypadek zawsze nosiła w torebce dwukierunkowe lusterko, którego bliźniacza tafla została ofiarowana Charlotte.
Scarlett była kimś nowym w jej życiu. Nie zdążyły spędzić razem zbyt wiele czasu, poza kilkoma niezobowiązującymi spotkaniami w kawiarni. Ale córka Richarda miała w sobie więcej roztropności niż jej bracia. Dokonała lepszych wyborów i tego nie można było dziewczęciu odmówić. Fakt, że Philomena przyjęła ją na staż, że Alexander wpuścił ją do domu…
Strumień myśli przerwał znajomy głos. Wzdrygnęła się słysząc Selinę, dotychczas nieruchomo siedzącą przy stole. Zwłaszcza, że… Oczywiście. Wróżba. Zacisnęła odrobinę mocniej szczękę. Wzięła głębszy oddech, nie chcąc siedzącej obok czarownicy przerazić.
- Ciociu, już dobrze.- Szepnęła cicho. Samodzielnie nalała czarownicy wina, rozcieńczając je po części wodą. Nigdy tego nie rozumiała, ale Selina od zawsze piła je w ten sposób. Nauczyła się, gdy raz straszliwie zezłościła wuja i myląc kieliszki, sięgnęła po ten należący do cioci. Wspomnienie tamtego wieczoru wracało do niej raz po raz i nawet teraz, po latach nie rozumiała o co Duncanowi chodziło- przecież się tylko pomyliła. Nic więcej! Ale pamiętała, żeby nie dotykać ulubionego kielicha do wina Seliny, a nalewając jej wino, zawsze dodawać wody.
Za żywych i za umarłych.
Uniosła bezwiednie kieliszek do góry i upiła wina. Otarła usta białą chusteczką, natychmiast kierując uwagę ku służbie, która zaczęła nakładać Selinie posiłek.
Za żywych i za umarłych. Powtarzała krótki toast w myślach raz po raz; rozejrzała się po stole, przesuwając spojrzeniem po wszystkich zebranych. Tu już nie ma żywych. Stwierdziła w myślach, wdając się w krótką rozmowę z pokojówką, która akurat nakładała jej na talerz pasztecik z dynią i dziczyzną.Wszyscy jesteśmy kurwa martwi.