W długiej znajomości nieodzowny prym wiodły emocje skrajne i absurdalne; proste i patetyczne zarazem – bo przecież coś złączyło ich na rozciągłość spopielonych lat; coś wyszeptało do ucha iliadę wzajemnego przywiązania i ochłapów zaufania, które do siebie żywili. Widziała pod płaszczem pozornej pogody ducha spętane cierniami myśli wpisujące się w sort tych uporczywych – doskonale biegła percepcyjnie była w stanie bez mrugnięcia wychwycić jego parszywy nastrój. Może gdyby była odrobinę bardziej empatyczna; może gdyby jej obejście z uczuciami ludzkimi plasowało się na wyższym podium; i wreszcie – może gdyby potrafiła radzić sobie z emocjami, może wówczas zaoferowałaby mu godne wsparcie. Tymczasem z oburzającą wręcz wprawą ignorowała jego wisielczy nastrój, rzucając co jakiś czas jedynie uśmiech, a przecież do uśmiechów skora nigdy nie była.
Zapadła w niej pewność, że wpisana w prozę codzienności obecność będzie lepsza niż nachalne wyciąganie z niego brudów i oburzające zmuszanie do wypłakania się w rękaw. Dlatego pozostawała sobą – cyniczną i chłodną, jednak skorą do rozmowy.
– Zastanów się dobrze, czy twoja przyszła oblubienica będzie chciała wychowywać z tobą pingwiny. Obawiam się, że tak szaloną osobą jestem tylko ja – odparła, zdobywając się na lekkie drżenie kącików ust, zupełnie jakby skłaniały się ku uśmiechowi, jednak nieskutecznie.
Przekroczona trzydziesta wiosna w nieodzowny sposób odciskała nań piętno zbliżania się do wczasów staropanieńskich, na których połach przekonana była, iż stanie z niebywałą dumą. Nie trzepotała rzęsami, a jej ruchy nie zawierały w sobie kurtuazji – w zasadzie stała w opozycji, z rozwichrzonymi, upiętymi w niedbały kok włosami, męskim chodem i aurą nieprzystępności, którą wokół siebie roztaczała. Poza tym, przez zapach jej perfum przebijała się gęsto woń formaliny – czyż nie byłoby upodleniem, pokazanie się na bankiecie z taką żoną? Bo na spędach tego typu brylowała niepoprawnie, przynosiła wstyd z dumnie zadartym podbródkiem i tupetem, którego nie powstydziłby się niejeden. Pogodziła się ze swoją sylwetą daleką od idealnej damy kobiety; lubiła myśleć, iż ma więcej do zaoferowania niż welon rzęs.
– Póki co wystarczy. Przewiduję, że mamy jeszcze całą noc zakrapianą alkoholem przed sobą. A przecież jestem jasnowidzem – odparła, zakładając jeden spośród niesfornych kosmyków za ucho.
Spojrzała na niego odrobinę zbyt miękko, odrobinę nie przystając do ogółu tnącego spojrzenia, którym zazwyczaj obarczała rozmówców bezpardonowo. Jej stoicki spokój był niepokojący, w głowie jednak szumiało od wychylonych procentów.
– Chodźmy na cmentarz – rzekła w werdykcie, podnosząc się chwiejnie z siedziska, aby po chwili pociągnąć za łokieć Theona. – No już – dodała, skłaniając go do wyprostowania się.
Gdy wyszli, rozognione niebo gasło pod siłą płaszcza nocy. Wyciągnęła z kieszeni papierosa i odpaliwszy go, głęboko zaciągnęła się dymem, który po chwili rozlał się akwarelą pośród migoczących, jeszcze nieśmiało, gwiazd. Schowawszy drugą dłoń w kieszeń, zadarła podbródek, aby przykleić wzrok do jego oblicza, pozwalając sobie na odrobinę zbyt kpiący, odrobinę zbyt cyniczny uśmiech.