08.11.2025, 23:00 ✶
Odetchnęła z ulgą, gdy otworzył oczy i potwierdził, że żyje, i kiedy nie dostrzegła żadnych krwawych ran ani kończyn wygiętych pod dziwnym kątem (że złamał nogę nie od razu zrozumiała). Przysiadła więc po prostu obok, przez moment po prostu mrugając, i próbując przeczekać dziwne dzwonienie w głowie. Adrenalina powoli opadała, poobijane ręce i twarz zaczęły dawać o sobie znać, a Brenna odzyskała jasność myśli. I uświadomiła sobie, że Lazarus i ona przetrwali wypadek, co było dobre, ale rzeczony wypadek został przewidziany… przez jej dziennik.
Bez tego Lovegooda walnąłby samochodów, w mugolskim Londynie, bez żadnego czarodzieja w pobliżu, co zapewne nie byłoby czymś dobrym.
Ale szpileczki niepokoju i tak wbiły się gdzieś w jej wnętrzności.
Jak zwykle jednak w takich chwilach zepchnęła to na bok, postanawiając skupić się na uporaniu najpierw z sytuacją, którą mieli tutaj w trakcie.
– Wszystko w porządku. Dobrze się pan czuje, panie Lovegood? Przepraszam. To noga, tak? – spytała, dopiero po chwili otrząsając się na tyle, aby dotarło do niej, że mężczyzna miał łzy w oczach, próbował uklęknąć i nie zdołał. Na logikę wyrzuty sumienia nie miały sensu, bo nie mogła użyć różdżki przy mugolach, a spotkanie z autem pierwszego stopnia mogłoby skończyć się gorzej, ale i tak czuła się źle z tym, że popchnęła go tak, że upadł na tyle nieszczęśliwie, by zrobić sobie krzywdę. – Tak, tak. Tutaj… tutaj w pobliżu mieszka nasz znajomy… on zawiezie nas do szpitala – zapewniła, posyłając uśmiech mugolowi, który chciał wzywać pogotowie. Zanim znaleźliby tu budkę telefoniczną i dojechało to mugolskie… coś… co przyjeżdżało w takich wypadkach, to minęłoby dużo czasu. A potem mogliby odkryć, że Lazarus nie miał mugolskich dokumentów. – Może mógłby nam pan pomóc dotrzeć do jego klatki schodowej? – poprosiła jeszcze i podniosła się ostrożnie.
Zabolało kolano, ale doświadczenie wielu różnych upadków podpowiadało, że po prostu je sobie rozbiła, i załatwi to zwykła maść. Nie była jednak pewna, czy sama zdoła pomóc Lazarusowi wstać, by nie zrobić mu większej krzywdy, a żeby teleportować się w okolice Kliniki musieli zniknąć z oczu mugoli.
– Och… tak, oczywiście – powiedział mugol, chociaż bez zbędnego entuzjazmu. Widać było mu głupio odmówić, ale chociaż odruchowo ruszył w stronę osób, które uległy wypadkowi, nie był zachwycony zaangażowaniem go.
– Da pan radę wstać? – zapytała, pochylając się, by pomóc mu w podniesieniu się.
Bez tego Lovegooda walnąłby samochodów, w mugolskim Londynie, bez żadnego czarodzieja w pobliżu, co zapewne nie byłoby czymś dobrym.
Ale szpileczki niepokoju i tak wbiły się gdzieś w jej wnętrzności.
Jak zwykle jednak w takich chwilach zepchnęła to na bok, postanawiając skupić się na uporaniu najpierw z sytuacją, którą mieli tutaj w trakcie.
– Wszystko w porządku. Dobrze się pan czuje, panie Lovegood? Przepraszam. To noga, tak? – spytała, dopiero po chwili otrząsając się na tyle, aby dotarło do niej, że mężczyzna miał łzy w oczach, próbował uklęknąć i nie zdołał. Na logikę wyrzuty sumienia nie miały sensu, bo nie mogła użyć różdżki przy mugolach, a spotkanie z autem pierwszego stopnia mogłoby skończyć się gorzej, ale i tak czuła się źle z tym, że popchnęła go tak, że upadł na tyle nieszczęśliwie, by zrobić sobie krzywdę. – Tak, tak. Tutaj… tutaj w pobliżu mieszka nasz znajomy… on zawiezie nas do szpitala – zapewniła, posyłając uśmiech mugolowi, który chciał wzywać pogotowie. Zanim znaleźliby tu budkę telefoniczną i dojechało to mugolskie… coś… co przyjeżdżało w takich wypadkach, to minęłoby dużo czasu. A potem mogliby odkryć, że Lazarus nie miał mugolskich dokumentów. – Może mógłby nam pan pomóc dotrzeć do jego klatki schodowej? – poprosiła jeszcze i podniosła się ostrożnie.
Zabolało kolano, ale doświadczenie wielu różnych upadków podpowiadało, że po prostu je sobie rozbiła, i załatwi to zwykła maść. Nie była jednak pewna, czy sama zdoła pomóc Lazarusowi wstać, by nie zrobić mu większej krzywdy, a żeby teleportować się w okolice Kliniki musieli zniknąć z oczu mugoli.
– Och… tak, oczywiście – powiedział mugol, chociaż bez zbędnego entuzjazmu. Widać było mu głupio odmówić, ale chociaż odruchowo ruszył w stronę osób, które uległy wypadkowi, nie był zachwycony zaangażowaniem go.
– Da pan radę wstać? – zapytała, pochylając się, by pomóc mu w podniesieniu się.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.