09.11.2025, 12:14 ✶
– To samo mi mówiła. Na początku sądziłam, że może… wiesz, skoro tam były problemy z limbo… coś go opętało? Potem nawet zaczęłam myśleć, że może on jest czymś, co stamtąd wylazło. Ale chyba to zbieg okoliczności. Mógł też wcześniej zdobywać zaufanie Geraldine, by sprzątała po nim bałagan, a po Beltane przestał się hamować…
Chyba w pewnym sensie Brenna wolałaby zapomnieć o Thoranie Yaxleyu i wspomnieniach fałszywej przyjaźni, tkwiących w jej głowie. Ba, może powinna była poprosić Philippę, aby się ich pozbyła, ale była zbyt skupiona na innych problemach, poza tym znów wracali tu do tego, że… może część tych wspomnień była prawdziwa? Może Thoran po prostu zastąpił sobą kogoś innego?
– Nienawidzę, jak coś miesza mi w głowie – mruknęła jeszcze, pozornie bez związku, trochę zmrożona tą myślą, że mógł być w jej życiu ktoś ważny, kogo nie pamiętała, bo wyparł go obraz Thorana Yaxleya. – Myślałam o kupieniu czegoś mugolskiego na prowincji, żeby mogli się tam zatrzymać ludzie, którzy stracili domy… tymczasowo chociaż… ale boję się, że to teraz byłby zbyt oczywisty cel – dodała, nieco ciszej, trochę przygaszona. Zdążyła kupić dom „na zadupiu”, na potrzeby Zakonu, i w sumie dobrze, bo mieli gdzie się podziać: ale to miejsce jako tako chronił głównie fakt, że nie podawali na prawo i lewo adresu, a leżało bardzo daleko od Londynu i innych czarodziejskich miejscowości. Gdyby kupiła jakiś dom i po prostu go otworzyła dla ofiar, nie zdołaliby utrzymać tego w tajemnicy, i miała dziwne wrażenie, że zaraz na progu stanęliby śmierciożercy, chcący dokończyć dzieła. Ostatecznie postanowiła, że sensowniej będzie skupić się na temacie zabezpieczeń dla narażonych, by te dały im choćby czas na ucieczkę – ale czy to na pewno był dobry wybór? Nie wiedziała.
– Hm… to trwa już od jakiegoś czasu? W sensie te bębnienia? Więc gdyby coś siedziało u niego, pewnie by się zorientował? – spytała, wpatrując się przez chwilę w drzwi, za którymi mógł być Sauriel Rookwood: człowiek, czy może wampir, o którym wciąż nie wiedziała, co myśleć. Właściwie pod żadnym względem, także jego relacji z Victorią. Czy bardziej ją uszczęśliwiał czy bardziej ranił? Bo że robił obie te rzeczy, to nie miała większych wątpliwości.
Życie było tak cholernie skomplikowane.
Z tą myślą odwróciła się z powrotem do szuflady.
Szarpnęła za nią, celując różdżką, ale… w środku nie było żadnego bogina, chochlika, tajemniczego artefaktu.
– Pusto – oceniła. Tymczasem Victoria dostrzegła coś… bardzo dziwnego.
Pomiędzy nią a Brenną, dokładnie pod łapkami Luny, podłoga miała inny kolor. Właściwie wyglądało to praktycznie jak klapa w podłodze: tylko jakim cudem żadna z nich nie zauważyła tego, kiedy się tu rozglądały? Jakim cudem Victoria albo Sauriel nie dostrzegli tego jeszcze wcześniej…?
Chyba w pewnym sensie Brenna wolałaby zapomnieć o Thoranie Yaxleyu i wspomnieniach fałszywej przyjaźni, tkwiących w jej głowie. Ba, może powinna była poprosić Philippę, aby się ich pozbyła, ale była zbyt skupiona na innych problemach, poza tym znów wracali tu do tego, że… może część tych wspomnień była prawdziwa? Może Thoran po prostu zastąpił sobą kogoś innego?
– Nienawidzę, jak coś miesza mi w głowie – mruknęła jeszcze, pozornie bez związku, trochę zmrożona tą myślą, że mógł być w jej życiu ktoś ważny, kogo nie pamiętała, bo wyparł go obraz Thorana Yaxleya. – Myślałam o kupieniu czegoś mugolskiego na prowincji, żeby mogli się tam zatrzymać ludzie, którzy stracili domy… tymczasowo chociaż… ale boję się, że to teraz byłby zbyt oczywisty cel – dodała, nieco ciszej, trochę przygaszona. Zdążyła kupić dom „na zadupiu”, na potrzeby Zakonu, i w sumie dobrze, bo mieli gdzie się podziać: ale to miejsce jako tako chronił głównie fakt, że nie podawali na prawo i lewo adresu, a leżało bardzo daleko od Londynu i innych czarodziejskich miejscowości. Gdyby kupiła jakiś dom i po prostu go otworzyła dla ofiar, nie zdołaliby utrzymać tego w tajemnicy, i miała dziwne wrażenie, że zaraz na progu stanęliby śmierciożercy, chcący dokończyć dzieła. Ostatecznie postanowiła, że sensowniej będzie skupić się na temacie zabezpieczeń dla narażonych, by te dały im choćby czas na ucieczkę – ale czy to na pewno był dobry wybór? Nie wiedziała.
– Hm… to trwa już od jakiegoś czasu? W sensie te bębnienia? Więc gdyby coś siedziało u niego, pewnie by się zorientował? – spytała, wpatrując się przez chwilę w drzwi, za którymi mógł być Sauriel Rookwood: człowiek, czy może wampir, o którym wciąż nie wiedziała, co myśleć. Właściwie pod żadnym względem, także jego relacji z Victorią. Czy bardziej ją uszczęśliwiał czy bardziej ranił? Bo że robił obie te rzeczy, to nie miała większych wątpliwości.
Życie było tak cholernie skomplikowane.
Z tą myślą odwróciła się z powrotem do szuflady.
Szarpnęła za nią, celując różdżką, ale… w środku nie było żadnego bogina, chochlika, tajemniczego artefaktu.
– Pusto – oceniła. Tymczasem Victoria dostrzegła coś… bardzo dziwnego.
Pomiędzy nią a Brenną, dokładnie pod łapkami Luny, podłoga miała inny kolor. Właściwie wyglądało to praktycznie jak klapa w podłodze: tylko jakim cudem żadna z nich nie zauważyła tego, kiedy się tu rozglądały? Jakim cudem Victoria albo Sauriel nie dostrzegli tego jeszcze wcześniej…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.