09.11.2025, 12:29 ✶
Lazarus zacisnął zęby i podjął jeszcze jedną próbę podniesienia się, tym razem zaczynając od lewej nogi. Zachwiał się, odruchowo spróbował wesprzeć na prawej i - z okrzykiem bólu - ponownie upadł na chodnik. Przez chwilę oddychał urywanie, nie mogąc wydobyć głosu. Poradzimy sobie? Co za nonsens, jak niby zamierzał sobie poradzić w tej sytuacji?
Usiadł wygodniej. Ostry ból poniżej kolana zelżał do tępego, ale za to promieniującego na całą nogę i dopóki klątwołamacz się nie ruszał, dało się wytrzymać.
Spokojnie, pomyślał. To tylko ból, a z bólu się nie umiera. Nawet na złamaną nogę się nie umiera. Odetchnął i powiedział - cichym, odrobinę drżącym, ale opanowanym głosem:
- Nie mogę stanąć na prawej nodze. Chyba uderzyłem w krawężnik… - spojrzał na Brennę a potem na obcego mugola - Sam nie dam rady iść.
Trzeba było coś zrobić. Dobrze, że jego wybawczyni miała głowę na karku. Odosobnione miejsce. Teleportacja. Mung. Jeżeli będzie wystarczająco zdecydowany, może ten mężczyzna nie będzie zadawał zbyt wielu niepotrzebnych pytań. Zdecydował się pociągnąć narrację Brenny o krok dalej.
- Mój brat tu mieszka, właśnie od niego wracałem - powiedział tak pewnie, jak tylko dał radę - Odwiezie nas do szpitala, tylko pomóżcie mi dojść do jego kamienicy.
Z wdzięcznością przyjął pomoc przy wstaniu - ostrożnie, opierając się tylko na zdrowej nodze i barkach kobiety i mężczyzny. Rozejrzał się i wskazał pierwszy lepszy rząd budynków, może dwieście metrów od nich.
- Ach, to faktycznie blisko - powiedział z oczywistą ulgą mugolski mężczyzna.
Ruszyli, niezgrabnie i nieznośnie powoli. Lazarus kuśtykał, jeden nieporadny, wsparty na ciałach obcych ludzi skok za drugim. Ból w dotkniętej niechcący prawej nodze. Nogawka spodni zrobiła się podejrzanie ciasna - prawdopodobnie zaczęło puchnąć. Niekomfortowo bliskie sapnięcie któregoś z jego towarzyszy. Jego własne stłumione syknięcie. Sto osiemdziesiąt metrów. Sto pięćdziesiąt. Sto dwadzieścia.
- Wszystko okej? Może państwu pomóc? - głos jakiejś młodej dziewczyny przerwał skupienie Lazarusa.
- Nie, dziękuję. Radzimy sobie - odmówił.
Gdy wreszcie pokonali najdłuższe dwieście metrów w życiu Lovegooda, w tym sześć schodków, które przebijały swoją trudnością każde jedno zejście na stanowisko archeologiczne, jakie napotkał w swoim życiu, czarodziej z westchnieniem ulgi uwolnił oboje mimowolnych ratowników od swojego ciężaru i oparł się plecami o ścianę. Na klatce schodowej pachniało smażonym boczkiem. W którymś z mieszkań ktoś głośno słuchał muzyki.
- Dziękujemy, teraz już sobie poradzimy - Lazarus posłał drugiemu mężczyźnie słaby uśmiech.
- Na pewno mnie już nie potrzebujecie? - zapytał tamten bez przekonania, ale trudno było mieć mu to za złe. Tym lepiej - powinni jak najszybciej pozbyć się mugola. Gdy wreszcie zostali sami, przymknął oczy i odchylił głowę w tył. Był zmęczony, trochę roztrzęsiony w środku od odpływającej adrenaliny i obolały, a pozostała im jeszcze teleportacja i przebijanie się przez procedury przyjęcia pacjenta w klinice.
Usiadł wygodniej. Ostry ból poniżej kolana zelżał do tępego, ale za to promieniującego na całą nogę i dopóki klątwołamacz się nie ruszał, dało się wytrzymać.
Spokojnie, pomyślał. To tylko ból, a z bólu się nie umiera. Nawet na złamaną nogę się nie umiera. Odetchnął i powiedział - cichym, odrobinę drżącym, ale opanowanym głosem:
- Nie mogę stanąć na prawej nodze. Chyba uderzyłem w krawężnik… - spojrzał na Brennę a potem na obcego mugola - Sam nie dam rady iść.
Trzeba było coś zrobić. Dobrze, że jego wybawczyni miała głowę na karku. Odosobnione miejsce. Teleportacja. Mung. Jeżeli będzie wystarczająco zdecydowany, może ten mężczyzna nie będzie zadawał zbyt wielu niepotrzebnych pytań. Zdecydował się pociągnąć narrację Brenny o krok dalej.
- Mój brat tu mieszka, właśnie od niego wracałem - powiedział tak pewnie, jak tylko dał radę - Odwiezie nas do szpitala, tylko pomóżcie mi dojść do jego kamienicy.
Z wdzięcznością przyjął pomoc przy wstaniu - ostrożnie, opierając się tylko na zdrowej nodze i barkach kobiety i mężczyzny. Rozejrzał się i wskazał pierwszy lepszy rząd budynków, może dwieście metrów od nich.
- Ach, to faktycznie blisko - powiedział z oczywistą ulgą mugolski mężczyzna.
Ruszyli, niezgrabnie i nieznośnie powoli. Lazarus kuśtykał, jeden nieporadny, wsparty na ciałach obcych ludzi skok za drugim. Ból w dotkniętej niechcący prawej nodze. Nogawka spodni zrobiła się podejrzanie ciasna - prawdopodobnie zaczęło puchnąć. Niekomfortowo bliskie sapnięcie któregoś z jego towarzyszy. Jego własne stłumione syknięcie. Sto osiemdziesiąt metrów. Sto pięćdziesiąt. Sto dwadzieścia.
- Wszystko okej? Może państwu pomóc? - głos jakiejś młodej dziewczyny przerwał skupienie Lazarusa.
- Nie, dziękuję. Radzimy sobie - odmówił.
Gdy wreszcie pokonali najdłuższe dwieście metrów w życiu Lovegooda, w tym sześć schodków, które przebijały swoją trudnością każde jedno zejście na stanowisko archeologiczne, jakie napotkał w swoim życiu, czarodziej z westchnieniem ulgi uwolnił oboje mimowolnych ratowników od swojego ciężaru i oparł się plecami o ścianę. Na klatce schodowej pachniało smażonym boczkiem. W którymś z mieszkań ktoś głośno słuchał muzyki.
- Dziękujemy, teraz już sobie poradzimy - Lazarus posłał drugiemu mężczyźnie słaby uśmiech.
- Na pewno mnie już nie potrzebujecie? - zapytał tamten bez przekonania, ale trudno było mieć mu to za złe. Tym lepiej - powinni jak najszybciej pozbyć się mugola. Gdy wreszcie zostali sami, przymknął oczy i odchylił głowę w tył. Był zmęczony, trochę roztrzęsiony w środku od odpływającej adrenaliny i obolały, a pozostała im jeszcze teleportacja i przebijanie się przez procedury przyjęcia pacjenta w klinice.