09.11.2025, 21:16 ✶
Gdy Tristan zerwał się z miejsca, początkowo myślała, że coś się stało. Że ktoś ich znalazł, że grozi im niebezpieczeństwo. Zacisnęła palce na różdżce i odruchowo ją uniosła, gotowa cisnąć zaklęciem w napastnika i bronić Tristana. Ta noc pokazała jej, że ten świat nie chciał miłych i empatycznych osób. Nie było dla nich miejsca w świecie pełnym przemocy, ognia, krwi i brutalności. Na ogień odpowiadało się ogniem.
- Tristan! - krzyknęła, widząc że przewraca świecę i gasi ją gołą ręką. Doskoczyła do niego, upuszczając po drodze różdżkę, bo nie była jej potrzebna. Wystraszył ją? Nie, ona była przerażona. Widząc że to samo zrobił z drugą świecą, skoczyła w jego kierunku. Upadł, jego noga nie pozwalała na dalsze kroki. Upadła obok niego, obijając sobie kolana, lecz fizyczny ból był niczym w porównaniu z tym, który czuła, gdy widziała go w takim stanie. Niemal natychmiast otoczyła go ramionami, chcąc zamknąć go w tym bezpiecznym, czułym geście. - Co się dzieje?
Zapytała cicho, otaczając go ramionami mocno i ściśle. Tak, jak robi się to z dziećmi, które wierzgają i wrzeszczą. Mocny uścisk, który je unieruchamia, oplata, by mogły poczuć ciężar drugiej osoby na sobie. By mogły poczuć bicie serca, ciepły oddech i ciepło skóry drugiego człowieka. By mogły się uspokoić. Chciała sprawdzić jego dłonie, ale nie wiedziała, jak zareaguje, jak tylko go wypuści.
- Kocham cię - powiedziała cicho, wzmacniając uścisk. - Kocham.
Kolejne słowa odbijały się echem, gdy ostatni z płomieni na knocie tańczył niespokojnie, rzucając cienie stworzone z ich złączonych ciał. Kocham, kocham, kocham.
- Przysięgam ci, że już nikt nigdy cię nie skrzywdzi - jej słowa nie były tylko czczymi, pustymi obietnicami. W nich niosła się cała jej miłość, całe jej przekonanie o tym, że każda osoba, która podniesie rękę na Tristana - zostanie ukarana.
W Olivii tej nocy zmieniło się naprawdę wiele. Jej łagodne usposobienie było uśpione, przywalone bólem po stracie. Wiedziała, kto za tym stał. I wiedziała, że musi działać. Nie mogła pozwolić sobie na bycie obojętną. Wierzyła w to, co mu mówiła. Nikt nigdy go więcej nie skrzywdzi, bo zginie. Podjęła już decyzję - nie cofnie się przed niczym, nawet jeżeli jej przyjaciele nie do końca będą z nią.
- Tristan! - krzyknęła, widząc że przewraca świecę i gasi ją gołą ręką. Doskoczyła do niego, upuszczając po drodze różdżkę, bo nie była jej potrzebna. Wystraszył ją? Nie, ona była przerażona. Widząc że to samo zrobił z drugą świecą, skoczyła w jego kierunku. Upadł, jego noga nie pozwalała na dalsze kroki. Upadła obok niego, obijając sobie kolana, lecz fizyczny ból był niczym w porównaniu z tym, który czuła, gdy widziała go w takim stanie. Niemal natychmiast otoczyła go ramionami, chcąc zamknąć go w tym bezpiecznym, czułym geście. - Co się dzieje?
Zapytała cicho, otaczając go ramionami mocno i ściśle. Tak, jak robi się to z dziećmi, które wierzgają i wrzeszczą. Mocny uścisk, który je unieruchamia, oplata, by mogły poczuć ciężar drugiej osoby na sobie. By mogły poczuć bicie serca, ciepły oddech i ciepło skóry drugiego człowieka. By mogły się uspokoić. Chciała sprawdzić jego dłonie, ale nie wiedziała, jak zareaguje, jak tylko go wypuści.
- Kocham cię - powiedziała cicho, wzmacniając uścisk. - Kocham.
Kolejne słowa odbijały się echem, gdy ostatni z płomieni na knocie tańczył niespokojnie, rzucając cienie stworzone z ich złączonych ciał. Kocham, kocham, kocham.
- Przysięgam ci, że już nikt nigdy cię nie skrzywdzi - jej słowa nie były tylko czczymi, pustymi obietnicami. W nich niosła się cała jej miłość, całe jej przekonanie o tym, że każda osoba, która podniesie rękę na Tristana - zostanie ukarana.
W Olivii tej nocy zmieniło się naprawdę wiele. Jej łagodne usposobienie było uśpione, przywalone bólem po stracie. Wiedziała, kto za tym stał. I wiedziała, że musi działać. Nie mogła pozwolić sobie na bycie obojętną. Wierzyła w to, co mu mówiła. Nikt nigdy go więcej nie skrzywdzi, bo zginie. Podjęła już decyzję - nie cofnie się przed niczym, nawet jeżeli jej przyjaciele nie do końca będą z nią.