09.11.2025, 22:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2025, 14:38 przez Olivia Quirke.)
Nie tylko świat zmienił się w przeciągu kilku godzin.
Pękata Fiolka była nadpalona. Była pusta, okna były naprędce załatane jakimiś szmatami. W środku panował smród spalenizny, który wżarł się w nadpalone regały. Te były puste, bo Olivia opróżniła wszystko, gdy 8 września zaczął się pożar. Część eliksirów przekazała mamie, część sąsiadom, a część: Norze, to znaczy Brennie i Norze, dla Zakonu. Fiolka więc stała pusta. Rodzice mieszkali u znajomych, a ona... Cholera wie, nikomu nie mówiła, gdzie mieszka - wiadomo było tylko, że mieszkanie ucierpiało w opór i nie dało się tam spać.
Olivia była na dole. Zamiatała, chociaż popiół nie chciał dać się wymieść. Zmienił się nie tylko świat - zmieniła się także Olivia. Czy na lepsze? To było wątpliwe. Wyglądała jednak zwyczajnie: sprane dżinsy, brudne od popiołu buty, ubrudzona koszulka. Na jej czole perlił się pot, a związane byle jak rude włosy ubrudzone były sadzą. Popiół nie dawał się wymieść miotłą, ale magii nie próbowała. Potrzebowała się zająć czymś fizycznym, by uspokoić myśli, chociaż prawdę mówiąc: gówno to dało.
- Jestem - uniosła głowę, a potem wyprostowała się. Wyglądała okropnie. Jakby nie spała przez te dwie noce, co w sumie nie byłoby tak dalekie od prawdy. Wypuściła miotłę z rąk, gdy Millie podbiegła do niej i ją uściskała. Ręce Olivii odruchowo odwzajemniły uścisk, chociaż bardziej machinalnie, niż by chciała. - Zwolnij.
Poprosiła, odsuwając Moody na długość ramion. Spojrzała na nią uważnie, chcąc upewnić się, że jej nic nie było.
- Dla "moich"? - zapytała, przekrzywiając głowę. - Chodzi ci o rodziców?
Zapytała, sięgając do kieszeni. Wyciągnęła fajki i jedną podała Millie. Pamiętając to, co stało się wczoraj z Tristanem, odwróciła się, by odpalić papierosa. Nie wiedziała, jak bardzo Moody była straumatyzowana przez ogień, który strawił Londyn.
- To... W sumie dobre wieści. Nadal szukają czegoś, gdzie mogliby przeczekać - powiedziała w końcu, zaciągając się papierosem. Jebać smród, i tak tu jebało. - Trawa, zielsko... O czym ty mówisz?
Zamrugała, nie wiedząc o co jej chodzi. O to do palenia, czy zioła? A zresztą, jebał pies.
- Słusznie się martwiłaś. Tristan został znowu zaatakowany - oczy Olivii pociemniały, a ona wyciągnęła różdżkę i zamknęła drzwi. Na klamkę i zamek. - Millie. Cudem uszedł z życiem, gdy ja bujałam się po Londynie i niosłam wesołą pieśń potrzebującym.
Zaczęła powoli, przechodząc do stołka. Wyczarowała kolejny, który podsunęła Moody, by sobie usiadła.
- Przygnietli go gruzami. Ma strzaskaną nogę. Boi się ognia. Nie potrafi mówić przy pomocy języka migowego, oparzył sobie dłonie, próbując zgasić świeczki, które rozpaliłam. Po raz drugi ktoś próbował go zabić za to, kim jest - to nie była pierwsza lepsza osoba - to była Millie Moody, która miesiąc wcześniej robiła jej awanturę. Ta sama, której się zwierzyła ze swojego problemu, która jej pomogła znaleźć uzdrowiciela. Nie zdążyła jej przekazać, że może mieć dzieci - niczego, kurwa, nie zdążyła przekazać nikomu. - Gdybym tam była, trochę wcześniej...
To co? Czy dałaby radę go ochronić? Kurwa mać, sama go wysłała do jego mieszkania. To była JEJ wina, że tak się stało. Fakt, że była tutaj, i tak był jej nie na rękę. Jej serce rwało się z powrotem do Tristana.
- Nienawidzę się - powiedziała, kryjąc twarz w dłoniach. - To moja wina. Chciałam walczyć za lepszy świat, a prawie straciłam cały swój.
To była Millie Moody. Nie musiała przy niej zgrywać silnej. Nie musiała zgrywać tej, którą nie była.
- Millie. Czy możesz ukryć moich rodziców i Tristana? Jesteśmy na celowniku. A to, co planuję... - zawiesiła głos. Co ona planowała? Spojrzała na Millie oczami pełnymi łez.
Zabij lub zgiń, mówiły jej oczy. Widziała już to spojrzenie - widziała to spojrzenie w spojrzeniu swojego ojca, widziała w spojrzeniu Woody'ego. Widziała to w spojrzeniu swojego własnego brata. Jeszcze kilka dni temu była kimś, kto stanąłby naprzeciw jej rodzinie i powiedział: tak nie można, musimy być od nich lepsi.
Ale dzisiaj?
Dzisiaj gdyby podać jej śmierciożercę na tacy, to przywiązałaby go do krzesła. Zdarła maskę, a potem łamała każdą kość w jego ciele, pomalutku i po kolei, wydzierając każdą jedną, jebaną informację. Napawałaby się krzykiem, wydobywającym się z jego gardła razem z naręczem imion. Wet za wet. Oko za oko. Skrzywdziliście go tak, jak nikt nigdy - sami musicie zostać skrzywdzeni.
Pękata Fiolka była nadpalona. Była pusta, okna były naprędce załatane jakimiś szmatami. W środku panował smród spalenizny, który wżarł się w nadpalone regały. Te były puste, bo Olivia opróżniła wszystko, gdy 8 września zaczął się pożar. Część eliksirów przekazała mamie, część sąsiadom, a część: Norze, to znaczy Brennie i Norze, dla Zakonu. Fiolka więc stała pusta. Rodzice mieszkali u znajomych, a ona... Cholera wie, nikomu nie mówiła, gdzie mieszka - wiadomo było tylko, że mieszkanie ucierpiało w opór i nie dało się tam spać.
Olivia była na dole. Zamiatała, chociaż popiół nie chciał dać się wymieść. Zmienił się nie tylko świat - zmieniła się także Olivia. Czy na lepsze? To było wątpliwe. Wyglądała jednak zwyczajnie: sprane dżinsy, brudne od popiołu buty, ubrudzona koszulka. Na jej czole perlił się pot, a związane byle jak rude włosy ubrudzone były sadzą. Popiół nie dawał się wymieść miotłą, ale magii nie próbowała. Potrzebowała się zająć czymś fizycznym, by uspokoić myśli, chociaż prawdę mówiąc: gówno to dało.
- Jestem - uniosła głowę, a potem wyprostowała się. Wyglądała okropnie. Jakby nie spała przez te dwie noce, co w sumie nie byłoby tak dalekie od prawdy. Wypuściła miotłę z rąk, gdy Millie podbiegła do niej i ją uściskała. Ręce Olivii odruchowo odwzajemniły uścisk, chociaż bardziej machinalnie, niż by chciała. - Zwolnij.
Poprosiła, odsuwając Moody na długość ramion. Spojrzała na nią uważnie, chcąc upewnić się, że jej nic nie było.
- Dla "moich"? - zapytała, przekrzywiając głowę. - Chodzi ci o rodziców?
Zapytała, sięgając do kieszeni. Wyciągnęła fajki i jedną podała Millie. Pamiętając to, co stało się wczoraj z Tristanem, odwróciła się, by odpalić papierosa. Nie wiedziała, jak bardzo Moody była straumatyzowana przez ogień, który strawił Londyn.
- To... W sumie dobre wieści. Nadal szukają czegoś, gdzie mogliby przeczekać - powiedziała w końcu, zaciągając się papierosem. Jebać smród, i tak tu jebało. - Trawa, zielsko... O czym ty mówisz?
Zamrugała, nie wiedząc o co jej chodzi. O to do palenia, czy zioła? A zresztą, jebał pies.
- Słusznie się martwiłaś. Tristan został znowu zaatakowany - oczy Olivii pociemniały, a ona wyciągnęła różdżkę i zamknęła drzwi. Na klamkę i zamek. - Millie. Cudem uszedł z życiem, gdy ja bujałam się po Londynie i niosłam wesołą pieśń potrzebującym.
Zaczęła powoli, przechodząc do stołka. Wyczarowała kolejny, który podsunęła Moody, by sobie usiadła.
- Przygnietli go gruzami. Ma strzaskaną nogę. Boi się ognia. Nie potrafi mówić przy pomocy języka migowego, oparzył sobie dłonie, próbując zgasić świeczki, które rozpaliłam. Po raz drugi ktoś próbował go zabić za to, kim jest - to nie była pierwsza lepsza osoba - to była Millie Moody, która miesiąc wcześniej robiła jej awanturę. Ta sama, której się zwierzyła ze swojego problemu, która jej pomogła znaleźć uzdrowiciela. Nie zdążyła jej przekazać, że może mieć dzieci - niczego, kurwa, nie zdążyła przekazać nikomu. - Gdybym tam była, trochę wcześniej...
To co? Czy dałaby radę go ochronić? Kurwa mać, sama go wysłała do jego mieszkania. To była JEJ wina, że tak się stało. Fakt, że była tutaj, i tak był jej nie na rękę. Jej serce rwało się z powrotem do Tristana.
- Nienawidzę się - powiedziała, kryjąc twarz w dłoniach. - To moja wina. Chciałam walczyć za lepszy świat, a prawie straciłam cały swój.
To była Millie Moody. Nie musiała przy niej zgrywać silnej. Nie musiała zgrywać tej, którą nie była.
- Millie. Czy możesz ukryć moich rodziców i Tristana? Jesteśmy na celowniku. A to, co planuję... - zawiesiła głos. Co ona planowała? Spojrzała na Millie oczami pełnymi łez.
Zabij lub zgiń, mówiły jej oczy. Widziała już to spojrzenie - widziała to spojrzenie w spojrzeniu swojego ojca, widziała w spojrzeniu Woody'ego. Widziała to w spojrzeniu swojego własnego brata. Jeszcze kilka dni temu była kimś, kto stanąłby naprzeciw jej rodzinie i powiedział: tak nie można, musimy być od nich lepsi.
Ale dzisiaj?
Dzisiaj gdyby podać jej śmierciożercę na tacy, to przywiązałaby go do krzesła. Zdarła maskę, a potem łamała każdą kość w jego ciele, pomalutku i po kolei, wydzierając każdą jedną, jebaną informację. Napawałaby się krzykiem, wydobywającym się z jego gardła razem z naręczem imion. Wet za wet. Oko za oko. Skrzywdziliście go tak, jak nikt nigdy - sami musicie zostać skrzywdzeni.