Rany były świeże. Te fizyczne, jak i psychiczne. Ostatnie, potrafiły trzymać się bardzo długo. A traumy ognia, doświadczył pierwszy raz w swoim życiu. Nie wiedział, skąd to się wzięło. Kolejna klątwa go dosięgła? Kolejny raz został przeklęty? Czy ugodziło go jedno z zaklęć śmierciożerców, że tak zareagował na ogień? Żywioł, który nie tylko niszczył, ale i dawał światło. Ono zaś zdradza lokalizaję. Czy to dlatego się tak zerwał, z obawy, że ich znajdą? Czy strach przed tym żywiołem niósł obawę powtórki z ostatniej nocy?
Słyszał swoje imię. Ale nie przestawał robić tego, co zaczął. Dopiero gdy upadł, przez moment wpatrując się w swoje dłonie, poczuł jak obejmują go ręce. Kobiece. Uspokajał się powoli. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na zadane pytanie. Bo przecież, nie miał głosu. Wosk na dłoniach, trochę poranił ich wnętrze. Jak miał jej odpowiedzieć? Wzrokiem wodził po posadzce. Zakurzonej. Pokrytej sadzą, pyłem. Widział cienie. Ale to były przecież ich, cienie.
Jej słowa, tak mocno przepełnione miłością, jak uścisk ramion na jego ciele. Przymknął oczy, pozwalając na tę chwilę bliskości, która była dla niego ukojeniem. Ochroną. Bezpiecznym miejscem.
To on powinien ją chronić.Nie odwrotnie.
Gdy tylko uspokoił się jego oddech. Gdy usłyszał jej przysięgę. Otworzył oczy, czując jak dłonie szczypią go trochę oraz zasychający wosk, trochę je usztywnił. Nie przejął tym za bardzo. Palcem na zakurzonej podłodze, na której siedzieli wtuleni, napisał jej odpowiedź na zadane wcześniej pytane:
"Ogień. Poczułem, strach. Jakby, mieli wrócić"Obiecali sobie szczerość, nie zamierzał kłamać. Bo też sam nie wiedział, czy podobna sytuacja się powtórzy. Wolał, aby była tego zagrożenia świadoma. Będąc z nim, ona sama nie będzie bezpieczna.
Poniżej, po krótkiej chwili, dopisał:
"To chyba, klątwa"
To w końcu był drugi raz, jak cudem przeżył spotkanie ze śmierciożercami.
"Ostatnio mówili że wrócą… Że dokończą."
Dopisał kolejne zdanie. Nie zapomniał ich słów. Tej obietnicy. Nie wiedział nawet, czy to byli ci sami. Czy to byli inni. Tristan nie pomyślał, nie wziął za nic pod uwagę przeklęty ogień trawiący Londyn, że to może być nawet wina nawdychanego się dymu. Kaszlnął, choć nie było tego słychać, wtulając się znów w Olivię. Jakby była jego Aniołem Stróżem, który swymi anielskimi skrzydłami, otoczy go tarczą ochronną. On, kiedyś auror. Teraz, dosłownie ofiara.