Zaśmiała się cicho, bo Oliver nie mógł się bardziej pomylić. Jej imię było bardzo dalekie od egzotycznego, a fakt, że była też historykiem, w tym momencie wziął górę. W końcu obiecała mu, że postara się zapełnić ciszę, to równie dobrze mogła mu przybliżyć bardzo mgliste czasy.
– Na pewno kojarzysz wielkiego czarodzieja Merlina – zaczęła spokojnie, bo kto o nim nie słyszał? Mówiło się nawet „na brodę Merlina” albo inne tego typu i zachowało się odznaczenie nazwane Orderem Merlina. – Żył w czasach średniowiecza, uczył się w Hogwarcie, a w pewnym momencie swojego życia został częścią dworu króla Arthura, który rządził wtedy w obecnej Brytanii. Athur został królem po tym, jak wyciągnął z kamienia miecz, o którym było wiadomo, że wyciągnie go tylko prawowity władca. Później ten miecz złamał się podczas jednej z bitew i Pani Jeziora podarowała mu legendarny miecz Excalibur – pewnie Oliver zastanawiał się do czego ta historia zmierza, ale miała ona swój sens, zamiast suchego przedstawienia faktów, to rzucenie charakterystycznych słów, które Oliver musiał skądś kojarzyć, nawet jeśli nie interesował się tematem. A w trakcie opowieści Ginny sukcesywnie wyciągała kawałki szkła powijane w ciało wokół jego oczu. – Król Arthur oczywiście ożenił się, a jego żoną była Ginevra, której pełne imię brzmi Guinevere – była i puenta, przy której Gin uśmiechnęła się leciutko, czego McKinnon zobaczyć nie mógł. – To bardzo stare, klasyczne imię. Ale zapewniam cię, że nie egzotyczne – dodała bez cienia urazy. – Masz jednak rację, że unikalne.
– Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że chodzi o śmierciożerców i tego ich przywódcę, Lorda Jak-mu-tam… – zmarszczyła lekko brwi, próbując sobie przypomnieć. Grupa, z którą pracowała, żartobliwie nazywała go „latajkiem” przez chyba jakieś francuskie, podobnie brzmiące słowo, ale na francuskim to wyznawała się mniej-więcej tyle, co na chińskim, czyli słabo. Już z rosyjskim radziła sobie lepiej przez Cathala (a głównie z rosyjskimi przekleństwami). – Nie mów – dodała zaraz, gdyby Oliver jednak miał ochotę to imię powiedzieć na głos. Guinevere nie wiedziała, czemu w radio mówili, by tego na głos nie wymawiać, ale póki co wolała dmuchać na zimne. – Nie wiem, czy gdziekolwiek jest bezpiecznie. Odprowadziłam nas kawałek na bok, żeby ludzie na nas przypadkiem nie wpadali, póki co jest tu w miarę spokojnie… Znaczy jak na standardy tego, co się dzieje dookoła – westchnęła cicho, patrząc jak materiał, który mu dała, przesiąka krwią, póki co nie mogła na to jednak wiele poradzić. Zaraz powinno przestać.
– Nie mam pojęcia czy byłam na Nokturnie. Nie jestem nawet pewna gdzie jesteśmy teraz, zawsze się tu gubię i muszę pytać ludzi. Ale wydaje mi się, że jesteśmy teraz albo na Pokątnej albo Horyzontalnej – tak przynajmniej wynikało z jej kiepskich obliczeń i jeszcze gorszej orientacji w Magicznych Dzielnicach. – Wszystko mi jedno gdzie jestem, bo tak jak mówisz, ludzie potrzebują pomocy – a była tu przecież w jednym tylko celu: żeby pomóc tym, którzy tego potrzebowali, zwłaszcza tym, którzy mogli się nie doczekać na kogoś z Munga. – No dobra, przyłóż teraz szmatkę do drugiego oka i spróbuj otworzyć to pierwsze. Ale pomału, dobra? Jeśli cokolwiek poczujesz, że jest nie tak, to zamknij je od razu.
// Przewaga: Animagia, Chimera (kocie oczy), Historia magii, Język angielski, Leczenie