10.11.2025, 10:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2025, 10:05 przez Bard Beedle.)
– Wspaniały okaz Homo heidelbergensis z charakterystycznie poszerzoną przedniotylnie gałęzią żuchwy, w sam raz do mojej kolekcji – mruczał pod nosem stary, obracając w sękatych, suto opierścienionych dłoniach czaszkę, podarowaną mu z okazji Mabon. Biorąc pod uwagę upodobanie Alhazreda do zbieractwa, trudno było sprawić mu prezent, który byłby dla wiekowego czarownika w jakikolwiek sposób wyjątkowym. Czego bowiem nie było w jego zbiorach! Poupychane po kątach księgi, słoje z formaliną, w których zanurzone były przeróżne dziwy, magiczne artefakty, których przeznaczenia nie sposób było się domyślić... A pośród nich setki, jeśli nie tysiące nieudanych projektów, realizowanych tylko li wyłącznie z czystej fanaberii badacza nekromancji i innych sztuk tajemnych. Odpady na śmietnisku czasu, jakim był Necronomicon, niegdyś pełniący funkcję pracowni Alhazreda.
A jednak Baldwinowi udało się znaleźć odpowiedni prezent dla czarownika podczas jednej z wypraw do głęboko położonych podziemnych sal na terytorium Ścieżek. Czaszkę. Nie byle jaką czaszkę! Nie wiedział, co prawda, czym dokładnie różniła się od innych czaszek... Ale się różniła. Drobne różnice w percepcji, których sam nie do końca był świadomy, zdawały aktywować Milforda. Czaszka niewątpliwie nadawała się na prezent dla Alhazreda. A staruch, oczywiście, nie mógł czekać z odpakowaniem prezentu do końca kolacji. Gdy nikt nie patrzył, wręczył dla Fridy zaklętą kolekcję złożonych z drobniutkich kosteczek figurek zwierząt (z namaszczeniem tłumacząc dziecinie łacińską nazwę każdego z nich), a potem sam odpakował prezent od Lorraine i Baldwina. – Nada się niewątpliwie do najnowszego z mych automatonów, prominentny foramen mentale pozwoli na dogodną instalację mechanizmu, który... – Alhazred podniósł głowę, po czym zastygł bez ruchu, z zaskoczeniem przyjmując obecność tak wielu gości przy stole. – Och, proszę o wybaczenie, czy już... Czy już wszyscy przybyli?
Trudno było wam zidentyfikować akcent czarownika, była to bowiem niezwykle konfundująca mieszanka ostrych spółgłosek spowita rozwlekle miękką i melodyjną intonacją. Dziwaczny akcent, nieco ciemniejsza, aniżeli przystało na rodowitego Anglika karnacja, ogorzała od słońca twarz, a także obco brzmiące nazwisko, utwierdziły was w przekonaniu, że mężczyzna nie pochodzi stąd. Tym z was, którzy go nie znali, został przedstawiony przez Lorraine po prostu jako: "mistrz Alhazred Malik, założyciel Necronomiconu".
Odziany był ekstrawagancko, a biel jego szat pasowała do pokrytych bielą siwizny długich włosów i brody. Nienaturalnie ciemne, a wręcz czarne oczy mężczyzny, do złudzenia przypominały puste oczodoły trzymanej przez niego w rękach czaszki. A jednak wcale nie wydawał się strasznym, gdy na was patrzył. Bo patrzył życzliwie, może z lekkim zakłopotaniem, odkładając pospiesznie czaszkę na stół. Chyba uznał, że nikt z was czaszki nie zauważy, jeżeli tylko będzie udawał, że ta stanowi część dekoracji stołu...
A jednak Baldwinowi udało się znaleźć odpowiedni prezent dla czarownika podczas jednej z wypraw do głęboko położonych podziemnych sal na terytorium Ścieżek. Czaszkę. Nie byle jaką czaszkę! Nie wiedział, co prawda, czym dokładnie różniła się od innych czaszek... Ale się różniła. Drobne różnice w percepcji, których sam nie do końca był świadomy, zdawały aktywować Milforda. Czaszka niewątpliwie nadawała się na prezent dla Alhazreda. A staruch, oczywiście, nie mógł czekać z odpakowaniem prezentu do końca kolacji. Gdy nikt nie patrzył, wręczył dla Fridy zaklętą kolekcję złożonych z drobniutkich kosteczek figurek zwierząt (z namaszczeniem tłumacząc dziecinie łacińską nazwę każdego z nich), a potem sam odpakował prezent od Lorraine i Baldwina. – Nada się niewątpliwie do najnowszego z mych automatonów, prominentny foramen mentale pozwoli na dogodną instalację mechanizmu, który... – Alhazred podniósł głowę, po czym zastygł bez ruchu, z zaskoczeniem przyjmując obecność tak wielu gości przy stole. – Och, proszę o wybaczenie, czy już... Czy już wszyscy przybyli?
Trudno było wam zidentyfikować akcent czarownika, była to bowiem niezwykle konfundująca mieszanka ostrych spółgłosek spowita rozwlekle miękką i melodyjną intonacją. Dziwaczny akcent, nieco ciemniejsza, aniżeli przystało na rodowitego Anglika karnacja, ogorzała od słońca twarz, a także obco brzmiące nazwisko, utwierdziły was w przekonaniu, że mężczyzna nie pochodzi stąd. Tym z was, którzy go nie znali, został przedstawiony przez Lorraine po prostu jako: "mistrz Alhazred Malik, założyciel Necronomiconu".
Odziany był ekstrawagancko, a biel jego szat pasowała do pokrytych bielą siwizny długich włosów i brody. Nienaturalnie ciemne, a wręcz czarne oczy mężczyzny, do złudzenia przypominały puste oczodoły trzymanej przez niego w rękach czaszki. A jednak wcale nie wydawał się strasznym, gdy na was patrzył. Bo patrzył życzliwie, może z lekkim zakłopotaniem, odkładając pospiesznie czaszkę na stół. Chyba uznał, że nikt z was czaszki nie zauważy, jeżeli tylko będzie udawał, że ta stanowi część dekoracji stołu...