10.11.2025, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2025, 18:23 przez Brenna Longbottom.)
– To miałoby sens, ale… czy Voldemort trzymałby przy sobie blisko takiego… no… idiotę? Potężnego, ale wciąż idiotę – spytała Brenna, bo wprawdzie to nie tak, że podejrzewała, że śmierciożercy nie popełniają błędów, ale wyobrażała sobie, że Voldemort nie chciałby, aby Zimny zwracał na siebie uwagę połowy Anglii. – On przecież wręcz prowokował, żeby ktoś spróbował go aresztować, robił rzeczy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Prędzej czy później wyszłoby, że jest Zimnym i nie ma bata, komuś takiemu podano by veritasereum. No i… wiesz… Voldemort straciłby…
Urwała, bo nie chciała patrzeć na to w ten sposób, ale… nekromantka z Afryki twierdziła, że, w pewnym sensie, są czymś w rodzaju „baterii”. Jasne, czarnoksiężnik sam doskonale zasilił się w Limbo, ale jakoś Brenna miała wrażenie, że niekoniecznie chciałby, aby ktoś, kto się tam znalazł, trafił w ręce Ministerstwa, na przesłuchania. Pewnie prędzej pozbyłby się takiej osoby osobiście…
– Wszystkim się nie pomoże, niektórym można. Ale bardzo nie chciałabym, żeby ktoś ucierpiał, bo próbowałam mu pomóc – westchnęła po prostu. Rodzina, przyjaciele, praca, to pochłaniało mnóstwo czasu, nawet w mieszkaniu Victorii przecież pracowały nad sprawą, którą trzeba było odłożyć przy okazji pożarów. Ale nie mogła nie szukać sposobów, by pomóc i innym.
*
– W porządku, ale jak od jakiegoś czasu, to pewnie zauważyłby Thorana albo poltergeista pod łóżkiem – oceniła Brenna, kiwając głową na wyjaśnienia Victorii. Być może pokój zajęty przez Sauriela mogły więc zostawić na koniec.
Jak dość szybko się okazało, nie musiały jednak sprawdzać także pracowni. Brenna obróciła się na słowa Lestrange i wbiła spojrzenie w klapę w podłodze, przy której przykucnęła Victoria. Zamrugała zaskoczona, bo mogłaby przysiąc, że sama klęczała tam ledwo chwilę temu, zaglądając pod biurko… i że nie powinna tego przegapić.
– Sądzisz, że mogła być jakoś zaczarowana? – spytała, przyklękając przy granicy klapy. Dźgnęła ją lekko różdżką, sprawdzając, czy nie doczeka się jakiejś reakcji, ale nie poleciały żadne iskry i ogólnie… stało się jedno, wielkie nic. Gdy już upewniła się, że nie urwie jej raczej dłoni, sięgnęła palcami do krawędzi i stwierdziła, że da się je podważyć. Brennie nie mieściło się w głowie, że w ogóle nie dostrzegła tej klapy wcześniej i od razu pomyślała o Thoranie i o tym, jak dobry był w zauroczeniu. Victoria przełamała jakieś zaklęcie? A może to wyczerpało się właśnie teraz, bo „Yaxleya” od jakiegoś już czasu nie było w Londynie? Bo jeżeli nawet ona sama była ślepa, to przecież domownicy tutaj bywali częściej. – Chyba… chyba jest ciężkie, ale powinnam dać radę to otworzyć... Dobra, to proponuję, że ja podnoszę, a ty rzucasz zaklęcie ochronne, tak na wszelki wypadek? Gotowa? – zapytała, zamierzając unieść klapę w tej samej chwili, w której Victoria potwierdzi. Normalnie w takiej sytuacji radziłaby pewnie wzywać na wszelki wypadek odpowiednie służby, ale że to one były odpowiednimi służbami… to raczej nie było co się zastanawiać. A po prawdzie Brenna z pewnymi obawami zaczęła myśleć, że na dole mogą znaleźć znacznie gorsze rzeczy niż uwięzione poltergeisty.
Urwała, bo nie chciała patrzeć na to w ten sposób, ale… nekromantka z Afryki twierdziła, że, w pewnym sensie, są czymś w rodzaju „baterii”. Jasne, czarnoksiężnik sam doskonale zasilił się w Limbo, ale jakoś Brenna miała wrażenie, że niekoniecznie chciałby, aby ktoś, kto się tam znalazł, trafił w ręce Ministerstwa, na przesłuchania. Pewnie prędzej pozbyłby się takiej osoby osobiście…
– Wszystkim się nie pomoże, niektórym można. Ale bardzo nie chciałabym, żeby ktoś ucierpiał, bo próbowałam mu pomóc – westchnęła po prostu. Rodzina, przyjaciele, praca, to pochłaniało mnóstwo czasu, nawet w mieszkaniu Victorii przecież pracowały nad sprawą, którą trzeba było odłożyć przy okazji pożarów. Ale nie mogła nie szukać sposobów, by pomóc i innym.
*
– W porządku, ale jak od jakiegoś czasu, to pewnie zauważyłby Thorana albo poltergeista pod łóżkiem – oceniła Brenna, kiwając głową na wyjaśnienia Victorii. Być może pokój zajęty przez Sauriela mogły więc zostawić na koniec.
Jak dość szybko się okazało, nie musiały jednak sprawdzać także pracowni. Brenna obróciła się na słowa Lestrange i wbiła spojrzenie w klapę w podłodze, przy której przykucnęła Victoria. Zamrugała zaskoczona, bo mogłaby przysiąc, że sama klęczała tam ledwo chwilę temu, zaglądając pod biurko… i że nie powinna tego przegapić.
– Sądzisz, że mogła być jakoś zaczarowana? – spytała, przyklękając przy granicy klapy. Dźgnęła ją lekko różdżką, sprawdzając, czy nie doczeka się jakiejś reakcji, ale nie poleciały żadne iskry i ogólnie… stało się jedno, wielkie nic. Gdy już upewniła się, że nie urwie jej raczej dłoni, sięgnęła palcami do krawędzi i stwierdziła, że da się je podważyć. Brennie nie mieściło się w głowie, że w ogóle nie dostrzegła tej klapy wcześniej i od razu pomyślała o Thoranie i o tym, jak dobry był w zauroczeniu. Victoria przełamała jakieś zaklęcie? A może to wyczerpało się właśnie teraz, bo „Yaxleya” od jakiegoś już czasu nie było w Londynie? Bo jeżeli nawet ona sama była ślepa, to przecież domownicy tutaj bywali częściej. – Chyba… chyba jest ciężkie, ale powinnam dać radę to otworzyć... Dobra, to proponuję, że ja podnoszę, a ty rzucasz zaklęcie ochronne, tak na wszelki wypadek? Gotowa? – zapytała, zamierzając unieść klapę w tej samej chwili, w której Victoria potwierdzi. Normalnie w takiej sytuacji radziłaby pewnie wzywać na wszelki wypadek odpowiednie służby, ale że to one były odpowiednimi służbami… to raczej nie było co się zastanawiać. A po prawdzie Brenna z pewnymi obawami zaczęła myśleć, że na dole mogą znaleźć znacznie gorsze rzeczy niż uwięzione poltergeisty.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.