10.11.2025, 19:17 ✶
Z jednej strony, gdyby nie było mu teraz aż tak niedobrze, pewnie kiwnąłby głową. Udało im się załatwić wszystko na tyle sprawnie i bez większych potknięć w wypełnianiu wszelkich możliwych druczków, że nie spodziewał się dalszych trudów związanych z koniecznością powracania w to przeklęte miejsce. Oznaczało to zatem, że jego małżonka faktycznie miała rację.
Nawet jeśli gdzieś w głowie Ambroisa tliła się myśl o tym, że nie unikną kolejnej biurokratycznej wizyty, na szczęście, rzeczywiście miało to mieć miejsce w całkiem odległej przyszłości. Być może nie tak dalekiej jak mógłby chcieć sobie tego życzyć (bo najlepiej nie odbywałby jej wcale), ale na tyle odroczonej w czasie, że miał to być problem ich dwojga z przyszłości. A co jak co, nawet biorąc odpowiedzialność za własne uczynki, Roise naprawdę lubił te nieliczne momenty, gdy mógł machnąć ręką i stwierdzić, że zajmie się tym w swojej porze.
Z drugiej strony, wraz z chwilą, kiedy przyszły Ambroise zmieniał się w teraźniejszego Ambroisa, na ogół nie było mu już aż tak bardzo do śmiechu. Wręcz przeciwnie, nie raz i nie dwa naprawdę sążnie psioczył na swoją teraźniejszo-przeszłą wersję za tak luźne podejście do sprawy. Tyle tylko, że jednocześnie nigdy nie zarzekał się, że jego podejście ulegnie jakiejkolwiek zmianie.
Nie, jego decyzje na ogół stanowiły całkiem jednorodny ciąg wyborów. Co z tego, że często logicznych wyłącznie z jego perspektywy i z jego punktu widzenia? Nie bez powodu miał się za wyjątkowo prostego człowieka. Szare było dla niego szarym, czarne ani białe nie istniało, bo świat nigdy nie składał się z jednoznacznie dobrych albo złych wyborów. Istniały tylko mniejsze albo większe konsekwencje dokonywania takowych.
Na przykład winda...
...cholera jasna, gdyby tylko wiedział. Jak dotąd bowiem nie czując specjalnej potrzeby korzystania z takich udogodnień, tylko raczej poruszając się wszędzie przy użyciu schodów, nie od razu pojął, jak wygląda sytuacja. Z początku był to wyłącznie trzask, lekkie bujnięcie, nawet bez zamigotania lampy. Nie był do tego przyzwyczajony, ale po prawdzie mówiąc, nie był w ogóle przywykły do podobnej technologii. To nie tak, że nigdy wcześniej z niej nie korzystał, ale chyba nie do końca był świadomy, jaką anomalię właśnie przyszło im napotkać.
Co prawda, zwrócił wzrok w kierunku żony, aby zadać jej pytanie, ale nie uznał tego za powód do paniki. Na ogół nie panikował w stresujących sytuacjach, czyż nie? A tej nie rozpatrywał jeszcze w podobnej kategorii. Chwilowo zbyt mocno skupiał się na tym, żeby nie czuć tej przeklętej kociej puszki.
Zmarszczył brwi i czoło, odrobinę mrużąc przy tym oczy i spoglądając wpierw na panel nad nimi, później zaś pod ich nogi. Kolejne trzaśnięcie przedarło ciszę, w której przez chwilę było słychać wyłącznie ich ciężkie, powstrzymywane oddechy.
Chrrrrrrrrup!
Kolejny dźwięk był już inny. Bardziej trzeszcząco-przesuwny, nieprzyjemnie metaliczny, z jednoczesnym szumem przypominającym przesypujące się ziarenka suchego piasku, po których ktoś coś przeciągał.
- Wiem, ja też - odpowiedział, wyciągając rękę, żeby dwukrotnie wcisnąć guzik odpowiadający piętrze budynku, na które zmierzali.
Miał jednak wrażenie, że winda zaczęła zwalniać aż wreszcie...
...nie czuł, by w ogóle ruszała w jakąkolwiek stronę.
- No nie żartuj - mruknął bardziej do siebie niż do dziewczyny, kolejny raz wciskając guzik. - I niby na to idą nasze podatki - chwilowo był bardziej poirytowany niż zaniepokojony, bo mimo wszystko, to był rządowy budynek, raczej nie odwaliliby tu zupełnej samowolki technicznej, musieli dbać o przeglądy i inne pierdoły.
Więc...
Nawet jeśli gdzieś w głowie Ambroisa tliła się myśl o tym, że nie unikną kolejnej biurokratycznej wizyty, na szczęście, rzeczywiście miało to mieć miejsce w całkiem odległej przyszłości. Być może nie tak dalekiej jak mógłby chcieć sobie tego życzyć (bo najlepiej nie odbywałby jej wcale), ale na tyle odroczonej w czasie, że miał to być problem ich dwojga z przyszłości. A co jak co, nawet biorąc odpowiedzialność za własne uczynki, Roise naprawdę lubił te nieliczne momenty, gdy mógł machnąć ręką i stwierdzić, że zajmie się tym w swojej porze.
Z drugiej strony, wraz z chwilą, kiedy przyszły Ambroise zmieniał się w teraźniejszego Ambroisa, na ogół nie było mu już aż tak bardzo do śmiechu. Wręcz przeciwnie, nie raz i nie dwa naprawdę sążnie psioczył na swoją teraźniejszo-przeszłą wersję za tak luźne podejście do sprawy. Tyle tylko, że jednocześnie nigdy nie zarzekał się, że jego podejście ulegnie jakiejkolwiek zmianie.
Nie, jego decyzje na ogół stanowiły całkiem jednorodny ciąg wyborów. Co z tego, że często logicznych wyłącznie z jego perspektywy i z jego punktu widzenia? Nie bez powodu miał się za wyjątkowo prostego człowieka. Szare było dla niego szarym, czarne ani białe nie istniało, bo świat nigdy nie składał się z jednoznacznie dobrych albo złych wyborów. Istniały tylko mniejsze albo większe konsekwencje dokonywania takowych.
Na przykład winda...
...cholera jasna, gdyby tylko wiedział. Jak dotąd bowiem nie czując specjalnej potrzeby korzystania z takich udogodnień, tylko raczej poruszając się wszędzie przy użyciu schodów, nie od razu pojął, jak wygląda sytuacja. Z początku był to wyłącznie trzask, lekkie bujnięcie, nawet bez zamigotania lampy. Nie był do tego przyzwyczajony, ale po prawdzie mówiąc, nie był w ogóle przywykły do podobnej technologii. To nie tak, że nigdy wcześniej z niej nie korzystał, ale chyba nie do końca był świadomy, jaką anomalię właśnie przyszło im napotkać.
Co prawda, zwrócił wzrok w kierunku żony, aby zadać jej pytanie, ale nie uznał tego za powód do paniki. Na ogół nie panikował w stresujących sytuacjach, czyż nie? A tej nie rozpatrywał jeszcze w podobnej kategorii. Chwilowo zbyt mocno skupiał się na tym, żeby nie czuć tej przeklętej kociej puszki.
Zmarszczył brwi i czoło, odrobinę mrużąc przy tym oczy i spoglądając wpierw na panel nad nimi, później zaś pod ich nogi. Kolejne trzaśnięcie przedarło ciszę, w której przez chwilę było słychać wyłącznie ich ciężkie, powstrzymywane oddechy.
Chrrrrrrrrup!
Kolejny dźwięk był już inny. Bardziej trzeszcząco-przesuwny, nieprzyjemnie metaliczny, z jednoczesnym szumem przypominającym przesypujące się ziarenka suchego piasku, po których ktoś coś przeciągał.
- Wiem, ja też - odpowiedział, wyciągając rękę, żeby dwukrotnie wcisnąć guzik odpowiadający piętrze budynku, na które zmierzali.
Miał jednak wrażenie, że winda zaczęła zwalniać aż wreszcie...
...nie czuł, by w ogóle ruszała w jakąkolwiek stronę.
- No nie żartuj - mruknął bardziej do siebie niż do dziewczyny, kolejny raz wciskając guzik. - I niby na to idą nasze podatki - chwilowo był bardziej poirytowany niż zaniepokojony, bo mimo wszystko, to był rządowy budynek, raczej nie odwaliliby tu zupełnej samowolki technicznej, musieli dbać o przeglądy i inne pierdoły.
Więc...
Klik.
...czemu...Klik.
...ta...Klik.
...jebana...Klik.
...winda...Klik.
...nie...Klik.
...chciała...Klik.
...ruszyć.Łup.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down