10.11.2025, 20:27 ✶
Wyjątkowo nie potrafił cieszyć się z tego, że postawił na swoim. Prawdę mówiąc, cała ta wyprawa od samego początku napawała go naprawdę mieszanymi uczuciami, nawet jeśli przecież był jednym z jej głównych inicjatorów. W obliczu ostrzeżeń wypowiadanych na głos przez Benjy'ego, to była dosyć...
...niefortunna świadomość. Czym innym było bowiem myślenie o potencjalnych plusach dokonywanego wyboru, mając na uwadze również wszystkie uświadomione minusy, ale nie słysząc ich aż tak wprost. Czym innym było natomiast rozważanie tego, czy przypadkiem nie powinni porzucić tej inicjatywy, zanim komuś przydarzy się coś złego.
Co prawda, Ambroise podzielał zdanie żony odnośnie tego, że klątwa najpewniej została zdjęta. Według jego logiki, w innym wypadku nie udałoby im się tak łatwo opuścić terenu posiadłości. Tym bardziej, że on był ranny i osłabiony, a przez to najpewniej wyjątkowo podatny na wpływy, natomiast Geraldine również nie znajdowała się wtedy w szczycie swojej psychofizycznej formy (kto byłby w niej po czymś, co najpewniej było opętaniem?).
Tymczasem udało im się wrócić do cywilizacji i nie cierpieć żadnych tragicznych konsekwencji, nie licząc jego zranionej nogi (może i trochę również dumy) i tego dziwnego wrażenia, w którym wtedy dopatrywali się, co prawda, działania przekleństwa albo rzuconej na nich klątwy, ale Florence bardzo skutecznie to wykluczyła. Oni również zresztą o wiele wcześniej przeszli do porządku dziennego z nową wersją łączącej ich relacji.
Gdyby cykl pętli nie został zakończony to...
...no właśnie...
...to co? W końcu nie wrócili tu później, żeby upewnić się, że wszystko wróciło do nieznanej I'm zresztą normy. Roise nie musiał być wprawionym klątwołamaczem, aby w tym momencie stwierdzić, że tak właściwie to nie zrobili niczego w celu zbadania swojej tezy. Po prostu założyli, że cykl został przerwany, a mógł tylko...
...przygasnąć? Zostać uśpiony?
Czy należało dopuszczać tę możliwość? Gdy tak się przelotnie zreflektował, doszedł do szybkiego, niekoniecznie przyjemnego wniosku, że mimo tamtego zimowo-wiosennego śledztwa, jakie prowadzili z Geraldine odnośnie ich sprawy, zupełnie nie wiedział, na jakiej zasadzie działały podobne zjawiska. Miał o nich bardzo mgliste pojęcie, w tym momencie bardzo mocno odczuwając swój własny brak kompetencji, bo...
...nie chciał nie tylko powtórki z rozrywki, prawda? Nie chciał niczego z tego, co było lekko prawdopodobne, z tego, co zrozumiał, ale na co wciąż istniały statystyczne szanse. Mimo to, rezygnacja z dalszej wędrówki również nie była dla niego zbyt dobrą opcją. Tu chyba po prostu nie istniało żadne szczególnie lepsze rozwiązanie.
W końcu, skoro podjęli ten cały wysiłek, fatygowali tu specjalistę i siebie, równie dobrze mogli przynajmniej spróbować doprowadzić sprawę do punktu, w którym byłoby względnie jasne i przejrzyste, czy powinni robić coś dalej. Szczególnie, gdy doszli do porozumienia.
Czterdzieści pięć minut brzmiało na tyle racjonalnie, że Roise kiwnął głową, podejmując drogę, tym razem za Benjym, który z wiadomych względów zaczął prowadzić całą ekspedycję.
Było...
...cicho i spokojnie, ale jego też niekoniecznie napawało to szczególnym entuzjazmem. Zdecydowanie wolał miejsca, w których dało się dostrzec oznaki życia. Świergot ptaków, odgłosy natury, szum wody. Tu było wyjątkowo bezgłośnie.
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo zapeszał w momencie, gdy myślał, że coś jednak mogłoby przerwać otaczający ich bezgłos. Moment później odezwał się bowiem ten...
...ten...
...jęk? Zawodzenie? Niemalże nieludzki jazgot przeszywający uszy i napełniający ciało niepokojem.
- Poprzednio tak nie było - informacja, jaką obdarzył ich przyjacielskiego klątwołamacza też nie należała do zbyt odkrywczych, ale razem mieli już coś na kształt sensownego zarysu sytuacji.
To było nowe, niespodziewane i dochodziło gdzieś z wnętrza za przysypanym piwnicznym okienkiem, przez które, jak słusznie zauważyła Rina, żadne z nich za cholerę nie mogłoby się przecisnąć, nawet gdyby z jakiegoś powodu chciało iść tam same.
A Ambroise niespecjalnie miał ochotę rozdzielać się teraz z kimkolwiek ani komukolwiek pozwalać na samodzielne badania. Byli tu razem, więc szli razem. W...
- ...prawo? Wygląda na to, że budynek wzdłuż prawej ściany kończy się trochę szybciej, może znajdziemy jakieś zewnętrzne schody? - Zasugerował, rzucając nieprzekonane spojrzenie w kierunku głównego wejścia, którym też mogli podążać do budynku, szukając zejścia, ale on osobiście chyba wolał spróbować znaleźć jakieś bezpośrednio prowadzące pod ziemię.
...niefortunna świadomość. Czym innym było bowiem myślenie o potencjalnych plusach dokonywanego wyboru, mając na uwadze również wszystkie uświadomione minusy, ale nie słysząc ich aż tak wprost. Czym innym było natomiast rozważanie tego, czy przypadkiem nie powinni porzucić tej inicjatywy, zanim komuś przydarzy się coś złego.
Co prawda, Ambroise podzielał zdanie żony odnośnie tego, że klątwa najpewniej została zdjęta. Według jego logiki, w innym wypadku nie udałoby im się tak łatwo opuścić terenu posiadłości. Tym bardziej, że on był ranny i osłabiony, a przez to najpewniej wyjątkowo podatny na wpływy, natomiast Geraldine również nie znajdowała się wtedy w szczycie swojej psychofizycznej formy (kto byłby w niej po czymś, co najpewniej było opętaniem?).
Tymczasem udało im się wrócić do cywilizacji i nie cierpieć żadnych tragicznych konsekwencji, nie licząc jego zranionej nogi (może i trochę również dumy) i tego dziwnego wrażenia, w którym wtedy dopatrywali się, co prawda, działania przekleństwa albo rzuconej na nich klątwy, ale Florence bardzo skutecznie to wykluczyła. Oni również zresztą o wiele wcześniej przeszli do porządku dziennego z nową wersją łączącej ich relacji.
Gdyby cykl pętli nie został zakończony to...
...no właśnie...
...to co? W końcu nie wrócili tu później, żeby upewnić się, że wszystko wróciło do nieznanej I'm zresztą normy. Roise nie musiał być wprawionym klątwołamaczem, aby w tym momencie stwierdzić, że tak właściwie to nie zrobili niczego w celu zbadania swojej tezy. Po prostu założyli, że cykl został przerwany, a mógł tylko...
...przygasnąć? Zostać uśpiony?
Czy należało dopuszczać tę możliwość? Gdy tak się przelotnie zreflektował, doszedł do szybkiego, niekoniecznie przyjemnego wniosku, że mimo tamtego zimowo-wiosennego śledztwa, jakie prowadzili z Geraldine odnośnie ich sprawy, zupełnie nie wiedział, na jakiej zasadzie działały podobne zjawiska. Miał o nich bardzo mgliste pojęcie, w tym momencie bardzo mocno odczuwając swój własny brak kompetencji, bo...
...nie chciał nie tylko powtórki z rozrywki, prawda? Nie chciał niczego z tego, co było lekko prawdopodobne, z tego, co zrozumiał, ale na co wciąż istniały statystyczne szanse. Mimo to, rezygnacja z dalszej wędrówki również nie była dla niego zbyt dobrą opcją. Tu chyba po prostu nie istniało żadne szczególnie lepsze rozwiązanie.
W końcu, skoro podjęli ten cały wysiłek, fatygowali tu specjalistę i siebie, równie dobrze mogli przynajmniej spróbować doprowadzić sprawę do punktu, w którym byłoby względnie jasne i przejrzyste, czy powinni robić coś dalej. Szczególnie, gdy doszli do porozumienia.
Czterdzieści pięć minut brzmiało na tyle racjonalnie, że Roise kiwnął głową, podejmując drogę, tym razem za Benjym, który z wiadomych względów zaczął prowadzić całą ekspedycję.
Było...
...cicho i spokojnie, ale jego też niekoniecznie napawało to szczególnym entuzjazmem. Zdecydowanie wolał miejsca, w których dało się dostrzec oznaki życia. Świergot ptaków, odgłosy natury, szum wody. Tu było wyjątkowo bezgłośnie.
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo zapeszał w momencie, gdy myślał, że coś jednak mogłoby przerwać otaczający ich bezgłos. Moment później odezwał się bowiem ten...
...ten...
...jęk? Zawodzenie? Niemalże nieludzki jazgot przeszywający uszy i napełniający ciało niepokojem.
- Poprzednio tak nie było - informacja, jaką obdarzył ich przyjacielskiego klątwołamacza też nie należała do zbyt odkrywczych, ale razem mieli już coś na kształt sensownego zarysu sytuacji.
To było nowe, niespodziewane i dochodziło gdzieś z wnętrza za przysypanym piwnicznym okienkiem, przez które, jak słusznie zauważyła Rina, żadne z nich za cholerę nie mogłoby się przecisnąć, nawet gdyby z jakiegoś powodu chciało iść tam same.
A Ambroise niespecjalnie miał ochotę rozdzielać się teraz z kimkolwiek ani komukolwiek pozwalać na samodzielne badania. Byli tu razem, więc szli razem. W...
- ...prawo? Wygląda na to, że budynek wzdłuż prawej ściany kończy się trochę szybciej, może znajdziemy jakieś zewnętrzne schody? - Zasugerował, rzucając nieprzekonane spojrzenie w kierunku głównego wejścia, którym też mogli podążać do budynku, szukając zejścia, ale on osobiście chyba wolał spróbować znaleźć jakieś bezpośrednio prowadzące pod ziemię.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down