10.11.2025, 23:24 ✶
Jedna wizyta w miejscu takim jak to, w gabinecie takim jak tamten, to było dla niego dostatecznie dużo obcowania z ministerstwem, żeby Ambroise zaczął poważnie rozważać, czy aby na pewno nie dałoby się załatwiać kolejnych spraw poprzez pracę cudzych rąk. Być może istnieli ludzie, którym mógłby udzielić paru mniej istotnych upoważnień, aby załatwiali za nich przynajmniej część papierologii. Tak jak na przykład miało to miejsce w przypadku zakupu domku w Whitby czy przy formalnościach w związku z remontem części wspólnej spalonej klatki schodowej na Horyzontalnej. Z drugiej strony, czy to było warte konieczności zaufania komuś, kto nie był nim samym? No niekoniecznie. Całe szczęście, teraz mogli już opuścić gmach, udać się przez Atrium do wyjścia.
Wystarczyło tylko wsiąść do windy.
Mhm.
Może nie był ekspertem od wind, a po tej akcji zdecydowanie nie zamierzał tego zmieniać, ale wydawało mu się, że takie sprzęty powinny być raczej niezawodne. Tym bardziej, jeśli codziennie z pewnością transportowały setki, jeżeli nie tysiące ludzi przelewających się przez ministerialne korytarze. Co prawda, zupełnie bez powodu, rzecz jasna, niespecjalnie wierzył w funkcjonowanie tej instytucji samej w sobie, ale nie wydawało mu się, żeby problemy zaczynały się tu nawet od tak niskiej skali.
No cóż, najwyraźniej się pomylił. I to dosyć niefortunnie, bo nie chodziło przecież o coś, co uniemożliwiłoby im szybką podróż do docelowej części budynku i wymusiłoby na nich powrót na schody. W takim wypadku nawet nie próbowałby psioczyć na podobne okoliczności. Najpewniej jedynie wywróciłby oczami i tyle. Ruszyliby w drogę, nie starając się czekać aż winda postanowi łaskawie ruszyć z miejsca.
Tyle tylko, że oni stanęli już w trakcie drogi. Drzwi były zamknięte na trzy spusty, a on nie miał pojęcia, czy powinien spróbować je otworzyć. A jeśli tak, to czy nie ucięłoby mu rąk? Niby nie tak dawno temu mówił Rinie, że poradziłby sobie jako uzdrowiciel, nawet gdyby skończył z uciętymi palcami, ale...
Wciskanie przycisków też zdecydowanie nic nie dawało, nawet gdy Geraldine postanowiła naklikać każdy możliwy guzik praktycznie w jednym momencie. Winda nie drgnęła, drzwi się nie rozsunęły. Z dwojga złego, chyba przynajmniej przestali się bujać, chociaż...
...miał nieodparte wrażenie, że to jeszcze nie był koniec.
Jak to było z tym wykrakiwaniem?
Nim bowiem zdążył szerzej otworzyć usta, odpowiadając na pytanie, światło w windzie nagle zamigotało i zgasło, za to sama przeklęta puszka postanowiła zrobić coś przeciwnego. Zadziałała. Ruszyła, dosyć gwałtownie, ale w dół, nie w górę. Co gorsza, trochę za mocno przypominało mu to niekontrolowane spadanie. Może to była prędkość sama w sobie, może fakt, że światła awaryjne, jeśli takowe istniały, nie postanowiły się zapalić i ciemność potęgowała doznania.
Najważniejsze, że chociaż już nie stali w miejscu, nie było mu ani trochę do śmiechu. Wręcz przeciwnie, z jego gardła wydobył się dźwięk, jednak przypominało to raczej bardzo nerwowe zaskomlenie. Przełknięcie śliny połączone z czymś, co wyłącznie w jego uszach nie było wyrazem zupełnego zaskoczenia przemieszanego z paniką. I nawet jeśli ułamek sekundy później spróbował się zreflektować, być może trochę zbyt mocno ścisnął rękę stojącej obok dziewczyny, jednocześnie sięgając po różdżkę.
Po co?
Cholera wie.
Chyba chciał...
...podnieść Geraldine? Przelewitować ją w górę? Unieść? Cokolwiek, co sprawiłoby, że nie zostałaby plackiem, podczas gdy jebnęliby o ziemię?
Nie miał pojęcia. Nie myślał. Nie chciał zginąć w tej puszce. Tym bardziej we troje.
Wystarczyło tylko wsiąść do windy.
Mhm.
Może nie był ekspertem od wind, a po tej akcji zdecydowanie nie zamierzał tego zmieniać, ale wydawało mu się, że takie sprzęty powinny być raczej niezawodne. Tym bardziej, jeśli codziennie z pewnością transportowały setki, jeżeli nie tysiące ludzi przelewających się przez ministerialne korytarze. Co prawda, zupełnie bez powodu, rzecz jasna, niespecjalnie wierzył w funkcjonowanie tej instytucji samej w sobie, ale nie wydawało mu się, żeby problemy zaczynały się tu nawet od tak niskiej skali.
No cóż, najwyraźniej się pomylił. I to dosyć niefortunnie, bo nie chodziło przecież o coś, co uniemożliwiłoby im szybką podróż do docelowej części budynku i wymusiłoby na nich powrót na schody. W takim wypadku nawet nie próbowałby psioczyć na podobne okoliczności. Najpewniej jedynie wywróciłby oczami i tyle. Ruszyliby w drogę, nie starając się czekać aż winda postanowi łaskawie ruszyć z miejsca.
Tyle tylko, że oni stanęli już w trakcie drogi. Drzwi były zamknięte na trzy spusty, a on nie miał pojęcia, czy powinien spróbować je otworzyć. A jeśli tak, to czy nie ucięłoby mu rąk? Niby nie tak dawno temu mówił Rinie, że poradziłby sobie jako uzdrowiciel, nawet gdyby skończył z uciętymi palcami, ale...
Wciskanie przycisków też zdecydowanie nic nie dawało, nawet gdy Geraldine postanowiła naklikać każdy możliwy guzik praktycznie w jednym momencie. Winda nie drgnęła, drzwi się nie rozsunęły. Z dwojga złego, chyba przynajmniej przestali się bujać, chociaż...
...miał nieodparte wrażenie, że to jeszcze nie był koniec.
Jak to było z tym wykrakiwaniem?
Nim bowiem zdążył szerzej otworzyć usta, odpowiadając na pytanie, światło w windzie nagle zamigotało i zgasło, za to sama przeklęta puszka postanowiła zrobić coś przeciwnego. Zadziałała. Ruszyła, dosyć gwałtownie, ale w dół, nie w górę. Co gorsza, trochę za mocno przypominało mu to niekontrolowane spadanie. Może to była prędkość sama w sobie, może fakt, że światła awaryjne, jeśli takowe istniały, nie postanowiły się zapalić i ciemność potęgowała doznania.
Najważniejsze, że chociaż już nie stali w miejscu, nie było mu ani trochę do śmiechu. Wręcz przeciwnie, z jego gardła wydobył się dźwięk, jednak przypominało to raczej bardzo nerwowe zaskomlenie. Przełknięcie śliny połączone z czymś, co wyłącznie w jego uszach nie było wyrazem zupełnego zaskoczenia przemieszanego z paniką. I nawet jeśli ułamek sekundy później spróbował się zreflektować, być może trochę zbyt mocno ścisnął rękę stojącej obok dziewczyny, jednocześnie sięgając po różdżkę.
Po co?
Cholera wie.
Chyba chciał...
...podnieść Geraldine? Przelewitować ją w górę? Unieść? Cokolwiek, co sprawiłoby, że nie zostałaby plackiem, podczas gdy jebnęliby o ziemię?
Nie miał pojęcia. Nie myślał. Nie chciał zginąć w tej puszce. Tym bardziej we troje.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down