11.11.2025, 00:55 ✶
Nie do końca wiedział, dlaczego tak to wyglądało. Nie akurat tego konkretnego dnia, chociaż jeśli miałby być ze sobą całkowicie szczery (a niekoniecznie chciał, aby tak było) odnosił wrażenie, że wraz z upływem czasu na idealnie wypolerowanej warstwie ochronnej zaczynało pojawiać się coraz więcej drobnych pęknięć. Z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień coraz trudniej było mu utrzymać złudzenie tego, że ta cała sytuacja układa się dokładnie tak jak mógłby sobie tego życzyć. Coraz ciężej było mu sprawiać wrażenie przypadkowości niektórych słów bądź gestów, podczas gdy tak naprawdę nic, żadne z nich nie było całkowicie przypadkowe.
No, może poza tym dzisiejszym wyjątkowo wyraźnym milczeniem, ale i o nim z początku niespecjalnie myślał. Nie rozważał go w kontekście tego, że mogło być jakoś szczególnie dziwne, osobliwe czy nietypowe. Geraldine była jedną z tych osób, przy których niezmiernie łatwo było mu porzucić tę towarzyską tarczę. Nie gadać dla samego gadania, nie czarować, nie szukać sposobów, aby zabłysnąć. Była dla niego tym rodzajem towarzystwa, które zdarzało się raz na...
...nie chciał tego przyznawać, ale w ostatnim czasie zaczynał odnosić wrażenie, że raz na całe życie. Miał bowiem bliskich mu ludzi. Przyjaciół, nie tylko rodzinę związaną z nim więzami krwi, lecz także tych, których wybierał znacznie bardziej świadomie. Niektórych uważał wręcz za bliższych mu niż biologicznych krewniaków. A jednak przy żadnej z tych osób nie potrafił aż tak bardzo się zapomnieć.
I jednocześnie tak bardzo próbować utrzymać skrajnie inną pozę do tej, jaką zazwyczaj przybierał. Tym razem naprawdę nie chciał zachowywać się zupełnie tak, jakby na niczym mu nie zależało, ale jednocześnie wiedział, że zachowywanie się, jakby zależało mu za bardzo również nie było wskazane. Tak, to było skomplikowane. Chyba jeszcze nigdy nie mierzył się z aż tyloma ograniczeniami w obie strony, jakie teraz mimowolnie sobie narzucał.
Miał zachowywać się naturalnie, jednocześnie czując i nie czując się w ten sposób. Po prawdzie mówiąc, sam nie wiedział, czemu tak było. Dlaczego to właśnie w tym miejscu postanowili postawić granicę, podczas gdy kilka miesięcy wcześniej, zanim jeszcze przeszli przez etap wzajemnej niechęci, wszystko znajdowało się raczej na dobrej drodze do tego, czego mógłby chcieć.
Ba, czego chciał.
Ale czuł się jak dzieciak. Młokos. Jak szczeniak, który przechodził teraz przez coś, z czym na ogół mierzyli się szesnastolatkowie w Hogwarcie przed pierwszym zimowym balem. Żałosne, naprawdę żałosne.
Przynajmniej przez chwilę mógł zająć się jedzeniem, które jak zwykle smakowało naprawdę, ale to naprawdę dobrze. Skrzatka domowa Yaxleyów zdecydowanie nie próżnowała w kuchni, przyrządzane przez nią potrawy naprawdę nieczęsto nie były wybitne, tego dnia również pozwalając mu na chwilę tak po prostu zapomnieć o własnym szczeniactwie i zająć się jedzeniem.
Co prawda, nie zajęło mu to zbyt dużo czasu, ale gdy wreszcie praktycznie opróżnił podany mu talerz, odkładając go na stolik, czuł się trochę bardziej w stylu standardowego siebie. Może to była kwestia głodu? Zmęczenia po dyżurze? Może po prostu potrzebował tak sobie powiedzieć? Najważniejsze, że gdy dotarło do niego spostrzeżenie wysnute przez dziewczynę, spojrzał wprost na nią, wzruszając ramionami.
- Czy ja wiem? Może i jestem trochę milczący, ale czy nie dalej niż dwa dni temu sama nie życzyłaś sobie, żebym zamknął japę? - Odbił pytanie, wracając do tego standardowego, lekko pochwytliwego tonu głosu i unosząc brew. - Za dużo gadam. Źle. Za mało mówię. Źle. Powinnaś się zdecydować, wiesz? Jakiego mnie chcesz - źle.
Oj, bardzo źle.
I dobrze.
Może?
No, może poza tym dzisiejszym wyjątkowo wyraźnym milczeniem, ale i o nim z początku niespecjalnie myślał. Nie rozważał go w kontekście tego, że mogło być jakoś szczególnie dziwne, osobliwe czy nietypowe. Geraldine była jedną z tych osób, przy których niezmiernie łatwo było mu porzucić tę towarzyską tarczę. Nie gadać dla samego gadania, nie czarować, nie szukać sposobów, aby zabłysnąć. Była dla niego tym rodzajem towarzystwa, które zdarzało się raz na...
...nie chciał tego przyznawać, ale w ostatnim czasie zaczynał odnosić wrażenie, że raz na całe życie. Miał bowiem bliskich mu ludzi. Przyjaciół, nie tylko rodzinę związaną z nim więzami krwi, lecz także tych, których wybierał znacznie bardziej świadomie. Niektórych uważał wręcz za bliższych mu niż biologicznych krewniaków. A jednak przy żadnej z tych osób nie potrafił aż tak bardzo się zapomnieć.
I jednocześnie tak bardzo próbować utrzymać skrajnie inną pozę do tej, jaką zazwyczaj przybierał. Tym razem naprawdę nie chciał zachowywać się zupełnie tak, jakby na niczym mu nie zależało, ale jednocześnie wiedział, że zachowywanie się, jakby zależało mu za bardzo również nie było wskazane. Tak, to było skomplikowane. Chyba jeszcze nigdy nie mierzył się z aż tyloma ograniczeniami w obie strony, jakie teraz mimowolnie sobie narzucał.
Miał zachowywać się naturalnie, jednocześnie czując i nie czując się w ten sposób. Po prawdzie mówiąc, sam nie wiedział, czemu tak było. Dlaczego to właśnie w tym miejscu postanowili postawić granicę, podczas gdy kilka miesięcy wcześniej, zanim jeszcze przeszli przez etap wzajemnej niechęci, wszystko znajdowało się raczej na dobrej drodze do tego, czego mógłby chcieć.
Ba, czego chciał.
Ale czuł się jak dzieciak. Młokos. Jak szczeniak, który przechodził teraz przez coś, z czym na ogół mierzyli się szesnastolatkowie w Hogwarcie przed pierwszym zimowym balem. Żałosne, naprawdę żałosne.
Przynajmniej przez chwilę mógł zająć się jedzeniem, które jak zwykle smakowało naprawdę, ale to naprawdę dobrze. Skrzatka domowa Yaxleyów zdecydowanie nie próżnowała w kuchni, przyrządzane przez nią potrawy naprawdę nieczęsto nie były wybitne, tego dnia również pozwalając mu na chwilę tak po prostu zapomnieć o własnym szczeniactwie i zająć się jedzeniem.
Co prawda, nie zajęło mu to zbyt dużo czasu, ale gdy wreszcie praktycznie opróżnił podany mu talerz, odkładając go na stolik, czuł się trochę bardziej w stylu standardowego siebie. Może to była kwestia głodu? Zmęczenia po dyżurze? Może po prostu potrzebował tak sobie powiedzieć? Najważniejsze, że gdy dotarło do niego spostrzeżenie wysnute przez dziewczynę, spojrzał wprost na nią, wzruszając ramionami.
- Czy ja wiem? Może i jestem trochę milczący, ale czy nie dalej niż dwa dni temu sama nie życzyłaś sobie, żebym zamknął japę? - Odbił pytanie, wracając do tego standardowego, lekko pochwytliwego tonu głosu i unosząc brew. - Za dużo gadam. Źle. Za mało mówię. Źle. Powinnaś się zdecydować, wiesz? Jakiego mnie chcesz - źle.
Oj, bardzo źle.
I dobrze.
Może?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down