11.11.2025, 11:41 ✶
Stanie przy ścianie na jednej nodze w istocie nie było najwygodniejsze, ale Lazarus zgadzał się z Brenną - musiał odetchnąć, zanim podejmie próbę teleportacji. Skupić się… Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów i zapalniczkę - nigdy nie wybierał się poza magiczny Londyn nieprzygotowany na wypadek, gdyby miał ochotę zapalić, a nie mógł swobodnie użyć różdżki. Zaciągnął się dymem. Ulga była natychmiastowa.
Bardzo mi przykro, powiedziała Brenna. Zerknął na nią z lekkim zdziwieniem.
- Dlaczego? - zapytał - przecież nie była w niczym winna temu, że wyszedł prosto pod koła - To ja dziękuję za ratunek. Nie powinienem był tak nieostrożnie wychodzić na ulicę, miałem szczęście, że pani tam była - wzruszył ramionami, wypuszczając chmurkę dymu.
- Wracałem od ojca, ale on mieszka pół godziny piechotą stąd - dodał. To znaczy, pół godziny normalnym tempem. W jego obecnym stanie mógłby równie dobrze być w Edynburgu albo Berlinie.
Czarodziej nie podejrzewał prawdę mówiąc celowego działania, po prostu jakiś wariat pędził po Londynie samochodem. Dlatego właśnie nawet jak jest zielone, rozglądamy się na ulicy! Każde mugolskie dziecko to wiedziało. Bardziej interesujące było, co po mugolskiej stronie robiła detektyw, ale Lovegood nie miał zamiaru pytać. To nie była jego sprawa.
Przez chwilę stali w niezręcznej ciszy. W końcu Lazarus wypalił papierosa i bezradnie rozejrzał się wokół. Tego nie przemyślał - oczywiście na klatce schodowej nie było ani kosza, ani popielniczki, nie mógł wyjść na zewnątrz, a przecież nie mógł wyrzucić niedopałka na ziemię? Rozejrzał się raz jeszcze, odwrócił plecami do wnętrza korytarza, by nikt nie mógł go podejrzeć przez wizjer i dopiero wtedy dyskretnie przełożył różdżkę z kieszeni płaszcza do rękawa i zgasił papierosa magią. Wcisnał peta na powrót do paczki.
- No dobrze, wydaje się że bardziej gotowy już nie będę, teleportujmy się do szpitala - powiedział, bo i noga, na której stał zaczynała boleć i tę drugą, prawdopodobnie złamaną, coraz trudniej było utrzymać w powietrzu.[/b][/b]
Bardzo mi przykro, powiedziała Brenna. Zerknął na nią z lekkim zdziwieniem.
- Dlaczego? - zapytał - przecież nie była w niczym winna temu, że wyszedł prosto pod koła - To ja dziękuję za ratunek. Nie powinienem był tak nieostrożnie wychodzić na ulicę, miałem szczęście, że pani tam była - wzruszył ramionami, wypuszczając chmurkę dymu.
- Wracałem od ojca, ale on mieszka pół godziny piechotą stąd - dodał. To znaczy, pół godziny normalnym tempem. W jego obecnym stanie mógłby równie dobrze być w Edynburgu albo Berlinie.
Czarodziej nie podejrzewał prawdę mówiąc celowego działania, po prostu jakiś wariat pędził po Londynie samochodem. Dlatego właśnie nawet jak jest zielone, rozglądamy się na ulicy! Każde mugolskie dziecko to wiedziało. Bardziej interesujące było, co po mugolskiej stronie robiła detektyw, ale Lovegood nie miał zamiaru pytać. To nie była jego sprawa.
Przez chwilę stali w niezręcznej ciszy. W końcu Lazarus wypalił papierosa i bezradnie rozejrzał się wokół. Tego nie przemyślał - oczywiście na klatce schodowej nie było ani kosza, ani popielniczki, nie mógł wyjść na zewnątrz, a przecież nie mógł wyrzucić niedopałka na ziemię? Rozejrzał się raz jeszcze, odwrócił plecami do wnętrza korytarza, by nikt nie mógł go podejrzeć przez wizjer i dopiero wtedy dyskretnie przełożył różdżkę z kieszeni płaszcza do rękawa i zgasił papierosa magią. Wcisnał peta na powrót do paczki.
- No dobrze, wydaje się że bardziej gotowy już nie będę, teleportujmy się do szpitala - powiedział, bo i noga, na której stał zaczynała boleć i tę drugą, prawdopodobnie złamaną, coraz trudniej było utrzymać w powietrzu.[/b][/b]