11.11.2025, 18:14 ✶
Spokój tego miejsca był niemal podejrzany. Stałem na wilgotnej trawie, wdychając ciężkie, jesienne powietrze, które przesiąkło zapachem ziemi i gnijących liści. W oddali, na tle zsiniałego nieba, zarys nawiedzonej niegdyś posiadłości wydawał się mniej złowrogi, niż zapamiętałem. Nie lubiłem wracać w te okolice. Sam widok drzew na skraju miasteczka budził we mnie coś między niepokojem a niechęcią - pamięć zapachu dymu, skrzypienia starych podłóg, zbyt wielu szeptów z przeszłości, które wciąż nie ucichły. Teraz jednak, stojąc przed dawną posiadłością, z którą nigdy nie miałem osobistych doświadczeń, ale która wciąż była mi w pewien sposób znana z historii krążących po okolicy, czułem, że otoczenie było inne, cichsze, niż zazwyczaj w takich przypadkach, jakby przeszłość wreszcie pozwoliła temu miejscu odetchnąć. Powietrze wokół było chłodne, ale nieruchome, czasem wiatr przesuwał się po suchych liściach, które zalegały na ścieżce prowadzącej do frontowych drzwi - tak delikatnie, że brzmiało to niemal jak szept, jakby dom chciał coś powiedzieć, ale nie miał już głosu.
Pierwsza wieczorna mgła przetaczała się po polanie, ale nie miała w sobie tej lepkiej, chorobliwej gęstości, która wywoływałaby niepokój. Pachniało zwyczajnie - ziemią, korą, rozkładem biomasy, czymś staroświecko ludzkim. Machnąłem różdżką kilka razy, z przyzwyczajenia bardziej niż z potrzeby - ujawniło to jedynie resztki energii, rozmyte echa dawnego zaklęcia. Byłem coraz bardziej przekonany, że spokój, który teraz spowił te tereny, był - w miarę możliwości - dobry. Pozostałości zamigotały w powietrzu bladym światłem, po czym zgasły, rozpraszając się. Powidoki, które pojawiły się wcześniej, po pierwszym teście, przy początku trawnika, również zbladły, rozpłynęły się jak mgła w słońcu - to też był dobry znak.
- Cósz. - Mruknąłem sam do siebie, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby rozmowy. - Wygląda na to, sze tym lasem naplawdę jest po wszystkim. - Słynne ostatnie słowa.
Właśnie wtedy to się stało - z głębi domu, z samego wnętrza ziemi, dobiegł dźwięk. Nieludzki, przeciągły. Zamarłem, czując, jak każdy włos na karku staje mi dęba. Nie był to skrzyp starych desek ani jęk wiatru przeciskającego się przez szpary. Od razu obróciliśmy się w stronę piwnicznego okienka. Geraldine miała rację - nawet gdybyśmy chcieli, nie byłoby, jak tam wejść. Było zasypane, wąskie, a i ja nie zamierzałem się wpychać w dziurę, w której ledwo zmieściłby się kot. Nawet dziecko by się tam nie przecisnęło, a co dopiero my. Uniósłem brwi, spojrzałem na nią przez ramię, powoli, z tym półuśmiechem, który pojawiał się, zanim zdążyłem pomyśleć.
- Och, a jusz miałem plóbowaś. Wiesz pszeciesz, sze lubię, jak jest ciasno. - Odparowałem, starając się rozluźnić atmosferę, jak zwykle, gdy była za gęsta. - Dobla, niech będzie. - Mruknąłem, przyglądając się bocznej ścianie domu. Wszyscy mieliśmy podobne ambicje wobec tej wizyty, więc warto było spróbować. - Jeśli coś tam siedzi, wolę wiedzieś, co to takiego.
Ruszyliśmy wzdłuż omszałego muru, liście i żwir pod butami szeleściły zbyt głośno, a w oknach odbijał się nasz ruch - trzy sylwetki i nic więcej, na szczęście. Po chwili dostrzegłem coś, co mogło być zejściem, osadzone nisko przy gruncie, niemal wrośnięte w ziemię. Gdy tylko załapałem kątem oka rdzewiejące drzwi prowadzące w dół, wskazałem je głową.
- Tam. Mose to nasz szczęśliwy tlaf. - Powiedziałem, chociaż nie brzmiałem przekonująco. Schodki, które do nich prowadziły, były przysypane, ale dało się po nich zejść. Podniosłem różdżkę, jeszcze zanim zaczęliśmy schodzić, celując w starą, pordzewiałą klamkę. - Odsuńcie się tlochę. - Powiedziałem, zerkając na nich przez ramię, podszedłem bliżej i wykonałem krótki gest w powietrzu - zaklęcie testujące pułapki, klamka drgnęła, ale nic nie eksplodowało, nic nie zasyczało. Światło błysnęło krótko, a potem zgasło, czysto, żadnych pułapek, żadnych śladów klątwy.
- Ok. - Wziąłem oddech, przenosząc ciężar ciała do przodu i robiąc kilka kroków w dół, po schodkach. - Splóbujmy.
Nacisnąłem klamkę.
Pierwsza wieczorna mgła przetaczała się po polanie, ale nie miała w sobie tej lepkiej, chorobliwej gęstości, która wywoływałaby niepokój. Pachniało zwyczajnie - ziemią, korą, rozkładem biomasy, czymś staroświecko ludzkim. Machnąłem różdżką kilka razy, z przyzwyczajenia bardziej niż z potrzeby - ujawniło to jedynie resztki energii, rozmyte echa dawnego zaklęcia. Byłem coraz bardziej przekonany, że spokój, który teraz spowił te tereny, był - w miarę możliwości - dobry. Pozostałości zamigotały w powietrzu bladym światłem, po czym zgasły, rozpraszając się. Powidoki, które pojawiły się wcześniej, po pierwszym teście, przy początku trawnika, również zbladły, rozpłynęły się jak mgła w słońcu - to też był dobry znak.
- Cósz. - Mruknąłem sam do siebie, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby rozmowy. - Wygląda na to, sze tym lasem naplawdę jest po wszystkim. - Słynne ostatnie słowa.
Właśnie wtedy to się stało - z głębi domu, z samego wnętrza ziemi, dobiegł dźwięk. Nieludzki, przeciągły. Zamarłem, czując, jak każdy włos na karku staje mi dęba. Nie był to skrzyp starych desek ani jęk wiatru przeciskającego się przez szpary. Od razu obróciliśmy się w stronę piwnicznego okienka. Geraldine miała rację - nawet gdybyśmy chcieli, nie byłoby, jak tam wejść. Było zasypane, wąskie, a i ja nie zamierzałem się wpychać w dziurę, w której ledwo zmieściłby się kot. Nawet dziecko by się tam nie przecisnęło, a co dopiero my. Uniósłem brwi, spojrzałem na nią przez ramię, powoli, z tym półuśmiechem, który pojawiał się, zanim zdążyłem pomyśleć.
- Och, a jusz miałem plóbowaś. Wiesz pszeciesz, sze lubię, jak jest ciasno. - Odparowałem, starając się rozluźnić atmosferę, jak zwykle, gdy była za gęsta. - Dobla, niech będzie. - Mruknąłem, przyglądając się bocznej ścianie domu. Wszyscy mieliśmy podobne ambicje wobec tej wizyty, więc warto było spróbować. - Jeśli coś tam siedzi, wolę wiedzieś, co to takiego.
Ruszyliśmy wzdłuż omszałego muru, liście i żwir pod butami szeleściły zbyt głośno, a w oknach odbijał się nasz ruch - trzy sylwetki i nic więcej, na szczęście. Po chwili dostrzegłem coś, co mogło być zejściem, osadzone nisko przy gruncie, niemal wrośnięte w ziemię. Gdy tylko załapałem kątem oka rdzewiejące drzwi prowadzące w dół, wskazałem je głową.
- Tam. Mose to nasz szczęśliwy tlaf. - Powiedziałem, chociaż nie brzmiałem przekonująco. Schodki, które do nich prowadziły, były przysypane, ale dało się po nich zejść. Podniosłem różdżkę, jeszcze zanim zaczęliśmy schodzić, celując w starą, pordzewiałą klamkę. - Odsuńcie się tlochę. - Powiedziałem, zerkając na nich przez ramię, podszedłem bliżej i wykonałem krótki gest w powietrzu - zaklęcie testujące pułapki, klamka drgnęła, ale nic nie eksplodowało, nic nie zasyczało. Światło błysnęło krótko, a potem zgasło, czysto, żadnych pułapek, żadnych śladów klątwy.
- Ok. - Wziąłem oddech, przenosząc ciężar ciała do przodu i robiąc kilka kroków w dół, po schodkach. - Splóbujmy.
Nacisnąłem klamkę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)