11.11.2025, 20:16 ✶
Mimo iż Jolene nie była uzdrowicielem, całą noc spędziła pomagając potrzebującym w Mungu. Eskortowała rannych, zanosiła opatrunki i pomagła w komunikacji między resztą pracowników kliniki. Pracując w tym miejscu już od dwudziestu lat, poniekąd przyzwyczaiła się do widoku ludzkiego cierpienia. Lecz to, czego doświadczyła tej nocy... Było gorsze od najokropniejszego koszmaru.
Krzyki dzieci, swąd spalenizny, korytarze pokryte krwią... Jednak najgorszy w tym wszystkim był chyba chaos. Nikt nie wiedział ilu dokładnie rannych przebywało w Mungu, którzy uzdrowiciele opuścili budynek, a przede wszystkim, nikt nie był pewien co dokładnie działo się na zewnątrz i kiedy ataki w końcu się skończą. Istniała również obawa o to, że w końcu także i szpital stanie się celem Śmierciożerców.
Pomimo ryzyka, które wiązało się z pozostaniem w klinice, Jo nie martwiła się o siebie, tylko o swoją rodzinę. O Juliana, który zawsze chciał iść na ratunek potrzebującym. O Hestię, która choć miała rangę brygadzistki, w oczach matki wciąż była małą dziewczynką. O Alice, która miała dobre serce i unikała przemocy, lecz w obliczu konfliktu pozostawała bezbronna. Dlatego na widok starszej córki w szpitalu, serce Jolene pękło.
Nie miało znaczenia, że obrażenie nie było duże a znajomy uzdrowiciel szybko się nimi zajął. Matczyny instynkt powodował, że cały czas myślała o swoich bliskich, a zestresowany umysł podsuwał jej najczarniejsze scenariusze. Część Bletchley chciała opuścić klinikę i wyruszyć na poszukiwanie rodziny, ale wiązało się to z jeszcze większym niebezpieczeństwem. Poza tym, nie mogła zostawić potrzebujących w Mungu.
Dopiero przed świtem, kiedy ataki ustały, wraz z Alice opuściły szpital. Teleportowały się pod dom, nie tylko po to, by sprawdzić stan budynku, ale też w nadziei, że znajdą tam pozostałą dwójkę Bletchleyów. Na szczęście tak właśnie się stało. Byli tutaj, cali i zdrowi.
Na widok męża oraz Hestii, łzy napłynęły do oczu Jo. Gdy młodsza córka podbiegła, uścisnęła ją i Alice najmocniej jak potrafiła. Nie miała siły, by cokolwiek powiedzieć, ale z ulgi zaczęła płakać.
!Trauma Ognia
Krzyki dzieci, swąd spalenizny, korytarze pokryte krwią... Jednak najgorszy w tym wszystkim był chyba chaos. Nikt nie wiedział ilu dokładnie rannych przebywało w Mungu, którzy uzdrowiciele opuścili budynek, a przede wszystkim, nikt nie był pewien co dokładnie działo się na zewnątrz i kiedy ataki w końcu się skończą. Istniała również obawa o to, że w końcu także i szpital stanie się celem Śmierciożerców.
Pomimo ryzyka, które wiązało się z pozostaniem w klinice, Jo nie martwiła się o siebie, tylko o swoją rodzinę. O Juliana, który zawsze chciał iść na ratunek potrzebującym. O Hestię, która choć miała rangę brygadzistki, w oczach matki wciąż była małą dziewczynką. O Alice, która miała dobre serce i unikała przemocy, lecz w obliczu konfliktu pozostawała bezbronna. Dlatego na widok starszej córki w szpitalu, serce Jolene pękło.
Nie miało znaczenia, że obrażenie nie było duże a znajomy uzdrowiciel szybko się nimi zajął. Matczyny instynkt powodował, że cały czas myślała o swoich bliskich, a zestresowany umysł podsuwał jej najczarniejsze scenariusze. Część Bletchley chciała opuścić klinikę i wyruszyć na poszukiwanie rodziny, ale wiązało się to z jeszcze większym niebezpieczeństwem. Poza tym, nie mogła zostawić potrzebujących w Mungu.
Dopiero przed świtem, kiedy ataki ustały, wraz z Alice opuściły szpital. Teleportowały się pod dom, nie tylko po to, by sprawdzić stan budynku, ale też w nadziei, że znajdą tam pozostałą dwójkę Bletchleyów. Na szczęście tak właśnie się stało. Byli tutaj, cali i zdrowi.
Na widok męża oraz Hestii, łzy napłynęły do oczu Jo. Gdy młodsza córka podbiegła, uścisnęła ją i Alice najmocniej jak potrafiła. Nie miała siły, by cokolwiek powiedzieć, ale z ulgi zaczęła płakać.
!Trauma Ognia