11.11.2025, 20:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2025, 20:58 przez Brenna Longbottom.)
Dlaczego?
To było trudne pytanie, bo Brenna wbrew pozorom doskonale wiedziała, że odpowiedź „mogłam pana trochę delikatniej wypychać spod tego pędzącego auta” brzmiałaby bardzo, bardzo głupio. I w takiej sytuacji na pewno nie miałaby do nikogo pretensji, że coś jej połamał – ostatecznie prawdopodobnie bolało to mniej niż uderzenie autem i potem ponowne, o asfalt czy krawężnik, kiedy wóz by ją odrzucił… zakładając ten szczęśliwy scenariusz. Mimo to widząc, jak Lazarus się męczył, nie mogła powstrzymać odrobiny wyrzutów sumienia.
– Przykro mi, że tak nieszczęśliwie upadliśmy – uzupełniła więc po prostu. Uśmiechnęła się do niego, uśmiechem z gatunku tych raczej pocieszających niż wesołych. – Tamten mugol prowadził naprawdę po wariacku. Jeżeli to była czyjaś wina, to tylko jego.
Albo twórcy tych zapisków w dzienniku, jeżeli ktoś naprawdę to zaaranżował. Tylko po co ktoś miałby to robić? Nie powodujesz wypadku dla zabawy, a jeżeli ktoś chciałby ją skrzywdzić, mógłby wykorzystać ten pomysł w sposób znacznie bardziej kreatywny. Ktoś mógł prowadzić z nią jakąś chorą grę albo jasnowidz zapisał coś w jej dzienniku, albo…
Odsunęła od siebie wszystkie teorie wirujące w głowie, upominając się, że należało najpierw zadbać o Lovegooda.
– W takim razie zdecydowanie go nie angażujmy. - …i ojciec Lazaursa na pewno nie zaangażowałby takiego wypadku. Musiała spróbować dyskretnie dowiedzieć się, czy ktoś z jej krewnych go kojarzy, ale wątpiła, aby on był kluczem do rozwiązania tej zagadki. – To tylko noga? Nie ma pan problemów z widzeniem, oddychaniem? – upewniła się jeszcze, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. Zwalczyła chęć sięgnięcia do włosów, aby upewnić się, że przez ich rudość i własne oszołomienie nie przegapiła jakiejś krwi. Zdawał się nie mieć problemów ze skupieniem na niej wzroku i mówił całkiem sensownie, a to Brenna znała jako pierwsze objawy urazów głowy – i ona, i jej koledzy ulegali takim na tyle częste, że tu akurat miała doświadczenie – ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
– W takim razie lecimy – zdecydowała. Jeszcze raz spojrzała ku drzwiom klatki, a potem w górę, ku schodom, i kiedy upewniła się, że nikt nie nadchodzi, jedną ręką sięgnęła do kieszeni, po swoją różdżkę, a drugą zacisnęła na dłoni Lazarusa.
I znikli z cichym trzaskiem.
To było trudne pytanie, bo Brenna wbrew pozorom doskonale wiedziała, że odpowiedź „mogłam pana trochę delikatniej wypychać spod tego pędzącego auta” brzmiałaby bardzo, bardzo głupio. I w takiej sytuacji na pewno nie miałaby do nikogo pretensji, że coś jej połamał – ostatecznie prawdopodobnie bolało to mniej niż uderzenie autem i potem ponowne, o asfalt czy krawężnik, kiedy wóz by ją odrzucił… zakładając ten szczęśliwy scenariusz. Mimo to widząc, jak Lazarus się męczył, nie mogła powstrzymać odrobiny wyrzutów sumienia.
– Przykro mi, że tak nieszczęśliwie upadliśmy – uzupełniła więc po prostu. Uśmiechnęła się do niego, uśmiechem z gatunku tych raczej pocieszających niż wesołych. – Tamten mugol prowadził naprawdę po wariacku. Jeżeli to była czyjaś wina, to tylko jego.
Albo twórcy tych zapisków w dzienniku, jeżeli ktoś naprawdę to zaaranżował. Tylko po co ktoś miałby to robić? Nie powodujesz wypadku dla zabawy, a jeżeli ktoś chciałby ją skrzywdzić, mógłby wykorzystać ten pomysł w sposób znacznie bardziej kreatywny. Ktoś mógł prowadzić z nią jakąś chorą grę albo jasnowidz zapisał coś w jej dzienniku, albo…
Odsunęła od siebie wszystkie teorie wirujące w głowie, upominając się, że należało najpierw zadbać o Lovegooda.
– W takim razie zdecydowanie go nie angażujmy. - …i ojciec Lazaursa na pewno nie zaangażowałby takiego wypadku. Musiała spróbować dyskretnie dowiedzieć się, czy ktoś z jej krewnych go kojarzy, ale wątpiła, aby on był kluczem do rozwiązania tej zagadki. – To tylko noga? Nie ma pan problemów z widzeniem, oddychaniem? – upewniła się jeszcze, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. Zwalczyła chęć sięgnięcia do włosów, aby upewnić się, że przez ich rudość i własne oszołomienie nie przegapiła jakiejś krwi. Zdawał się nie mieć problemów ze skupieniem na niej wzroku i mówił całkiem sensownie, a to Brenna znała jako pierwsze objawy urazów głowy – i ona, i jej koledzy ulegali takim na tyle częste, że tu akurat miała doświadczenie – ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
– W takim razie lecimy – zdecydowała. Jeszcze raz spojrzała ku drzwiom klatki, a potem w górę, ku schodom, i kiedy upewniła się, że nikt nie nadchodzi, jedną ręką sięgnęła do kieszeni, po swoją różdżkę, a drugą zacisnęła na dłoni Lazarusa.
I znikli z cichym trzaskiem.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.