11.11.2025, 23:21 ✶
Zanurzyłem się po pas w jeziorze, a mimo tego, że chłód wciskał się w każdą szczelinę między oddechami, nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Była dokładnie taka, jak ją pamiętałem - zdeterminowana, ale w tym wszystkim tak ludzka, trochę niepewna, trochę dumna z własnej odwagi. Z każdym ruchem, z każdym gestem, jakimś cudem przypominała mi, dlaczego nigdy nie potrafiłem jej traktować tak, jak wszystkich innych.
- Wyglądam? Naplawdę? - Zapytałem, mrużąc oczy i chcąc dodać, że to przez jej „poważne podchodzenie do założeń” skończyłem w lodowatej wodzie, udając, że to przyjemne doświadczenie, ale wtedy nagle zmieniła swój ton. Zatrzymałem się w pół ruchu, jeszcze z dłońmi zanurzonymi w wodzie, w której właśnie miałem się zanurzyć głębiej. Ton jej głosu sprawił, że moje mięśnie automatycznie się napięły, Prue raczej nie należała do osób, które żartowały w takich momentach - zwłaszcza, gdy w jej oczach pojawiał się ten błysk, a głos robił się o pół tonu zbyt poważny jak na zwykłą zaczepkę.
- Coś? - Powtórzyłem, prostując się i mrużąc oczy. Woda była naprawdę lodowata, ale chłód zniknął gdzieś na drugim planie. - Gdzie dokładnie? - Spytałem. Patrzyła na taflę wody, z tym swoim skupieniem, które znałem aż za dobrze. Poruszyłem się, podpływając w jej stronę, by być bliżej pomostu. - Plue. - Powiedziałem spokojnie, chociaż w moim tonie pobrzmiewała nuta podejrzliwości - na w razie, jakby próbowała mnie właśnie przestraszyć historią o topielicach. - Jeszeli to plóba odwleczenia momentu wejścia do wody, to ostszegam, sze nie dam się nablaś. - Zrobiłem kolejny ruch w stronę pomostu, a woda wokół moich nóg poruszyła się znów, jakby coś w niej przepływało. Wyciągnąłem rękę w jej kierunku, moje palce drżały nie tyle z zimna, co z tego irracjonalnego poczucia, że coś w tym jeziorze nie było takie, jak dawniej. Księżyc rozlał się po tafli, a jego światło łamało się w lekkich zmarszczkach jeziora, przez moment faktycznie coś tam drgnęło, ledwie zauważalnie, jakby coś przecięło powierzchnię od dołu. Za ciche, żeby nazwać to pluskiem, za płynne, żeby był to tylko wiatr. Błysk zadrżał na powierzchni wody i przez moment pomyślałem, że może to tylko echo przeszłości - obraz, który powracał, gdy noc była zbyt cicha, a wspomnienia zbyt głośne. Paranoja - już ją dziś miałem.
- Pewnie to lyba. Albo wiatl. Nic tu nie ma, oplócz nas. - Powiedziałem po chwili, z tym spokojem, który nieco zbyt mocno przypominał ton człowieka, starającego się przekonać nie ją, a samego siebie. Tak chciałem wierzyć, ale gdy woda zadrżała tuż obok, z tym nienaturalnym ruchem, którego nie dało się pomylić z falą czy prądem, coś we mnie zesztywniało. Odwróciłem głowę, szukając źródła. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że pod powierzchnią mignął cień. Nie wiedziałem jednak, czy to było realne, czy po prostu zadziałała wyobraźnia, ożywiona przez jej słowa. - Albo jedna z tych słynnych jeziolnych szab-mutantów. Znasz je, plawda? W Exmool mają leputację golszą nisz miejscowi menele. - Spojrzałem na nią, patrzącą na mnie z pomostu - stała z rozpiętym płaszczem, włosy miała związane, sylwetkę oświetlona srebrnym światłem. Przez sekundę, może dwie, nic się nie poruszało, tylko ona i ciemna woda, i ten niepokój, który z jakiegoś powodu przybrał znajomy kształt. Cień przemykający pod powierzchnią zniknął, a tafla znowu była gładka jak szkło. Spojrzałem jeszcze raz, wytężając wzrok - nic, tylko odbicie księżyca, falujące lekko od mojego ruchu, ale mimo wszystko - coś było nie tak. Wiedziałem to.
- Odsuń się tlochę od klawędzi. Wychodzę. - Nie brzmiało to jak rozkaz, raczej jak instynktowna prośba. Ciepły ton głosu zniknął, zastąpiony czujnością. - Cokolwiek to jest, nie chcę, szebyś tu wchodziła. - Mówiłem spokojnie, choć wewnątrz wszystko mi pulsowało. - Nie dziś, to zły pomysł.
- Wyglądam? Naplawdę? - Zapytałem, mrużąc oczy i chcąc dodać, że to przez jej „poważne podchodzenie do założeń” skończyłem w lodowatej wodzie, udając, że to przyjemne doświadczenie, ale wtedy nagle zmieniła swój ton. Zatrzymałem się w pół ruchu, jeszcze z dłońmi zanurzonymi w wodzie, w której właśnie miałem się zanurzyć głębiej. Ton jej głosu sprawił, że moje mięśnie automatycznie się napięły, Prue raczej nie należała do osób, które żartowały w takich momentach - zwłaszcza, gdy w jej oczach pojawiał się ten błysk, a głos robił się o pół tonu zbyt poważny jak na zwykłą zaczepkę.
- Coś? - Powtórzyłem, prostując się i mrużąc oczy. Woda była naprawdę lodowata, ale chłód zniknął gdzieś na drugim planie. - Gdzie dokładnie? - Spytałem. Patrzyła na taflę wody, z tym swoim skupieniem, które znałem aż za dobrze. Poruszyłem się, podpływając w jej stronę, by być bliżej pomostu. - Plue. - Powiedziałem spokojnie, chociaż w moim tonie pobrzmiewała nuta podejrzliwości - na w razie, jakby próbowała mnie właśnie przestraszyć historią o topielicach. - Jeszeli to plóba odwleczenia momentu wejścia do wody, to ostszegam, sze nie dam się nablaś. - Zrobiłem kolejny ruch w stronę pomostu, a woda wokół moich nóg poruszyła się znów, jakby coś w niej przepływało. Wyciągnąłem rękę w jej kierunku, moje palce drżały nie tyle z zimna, co z tego irracjonalnego poczucia, że coś w tym jeziorze nie było takie, jak dawniej. Księżyc rozlał się po tafli, a jego światło łamało się w lekkich zmarszczkach jeziora, przez moment faktycznie coś tam drgnęło, ledwie zauważalnie, jakby coś przecięło powierzchnię od dołu. Za ciche, żeby nazwać to pluskiem, za płynne, żeby był to tylko wiatr. Błysk zadrżał na powierzchni wody i przez moment pomyślałem, że może to tylko echo przeszłości - obraz, który powracał, gdy noc była zbyt cicha, a wspomnienia zbyt głośne. Paranoja - już ją dziś miałem.
- Pewnie to lyba. Albo wiatl. Nic tu nie ma, oplócz nas. - Powiedziałem po chwili, z tym spokojem, który nieco zbyt mocno przypominał ton człowieka, starającego się przekonać nie ją, a samego siebie. Tak chciałem wierzyć, ale gdy woda zadrżała tuż obok, z tym nienaturalnym ruchem, którego nie dało się pomylić z falą czy prądem, coś we mnie zesztywniało. Odwróciłem głowę, szukając źródła. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że pod powierzchnią mignął cień. Nie wiedziałem jednak, czy to było realne, czy po prostu zadziałała wyobraźnia, ożywiona przez jej słowa. - Albo jedna z tych słynnych jeziolnych szab-mutantów. Znasz je, plawda? W Exmool mają leputację golszą nisz miejscowi menele. - Spojrzałem na nią, patrzącą na mnie z pomostu - stała z rozpiętym płaszczem, włosy miała związane, sylwetkę oświetlona srebrnym światłem. Przez sekundę, może dwie, nic się nie poruszało, tylko ona i ciemna woda, i ten niepokój, który z jakiegoś powodu przybrał znajomy kształt. Cień przemykający pod powierzchnią zniknął, a tafla znowu była gładka jak szkło. Spojrzałem jeszcze raz, wytężając wzrok - nic, tylko odbicie księżyca, falujące lekko od mojego ruchu, ale mimo wszystko - coś było nie tak. Wiedziałem to.
- Odsuń się tlochę od klawędzi. Wychodzę. - Nie brzmiało to jak rozkaz, raczej jak instynktowna prośba. Ciepły ton głosu zniknął, zastąpiony czujnością. - Cokolwiek to jest, nie chcę, szebyś tu wchodziła. - Mówiłem spokojnie, choć wewnątrz wszystko mi pulsowało. - Nie dziś, to zły pomysł.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)