12.11.2025, 02:19 ✶
Astoria odwróciła się tylko na moment, jej sylwetka na tle jasnego światła wpadającego przez okno wyglądała jak cień w ruchu. Szmer przesuwanych po wieszaku ubrań wypełniał pokój miękkim, rytmicznym dźwiękiem, gdy przerzucała kolejne suknie, szarfy, kapelusze. Wszystko wymieszane, zmięte, noszące ślady niedawnego chaosu. Jej palce, zwykle precyzyjne i delikatne, poruszały się teraz mechanicznie, jakby szukały czegokolwiek, byleby tylko nie musieć zatrzymać się
- Mugolaki - powiedziała w końcu cicho, prawie mimochodem, tak naturalnie, jakby padało zwykłe stwierdzenie faktu. Głos miała spokojny, ale podszyty chłodem. - Nikt warty uwagi. Kojarzyłam ich z widzenia.
Tkanina zaszeleściła, gdy wsunęła ją z powrotem między inne. Czuć było zapach starego drewna i dymu, tego, który nie chciał zniknąć, przesiąkł każdą tkaninę i każdy kąt tego miejsca.
- Nie zamierzam niczego zgłaszać - dodała i na moment przystanęła, oparła dłoń o krawędź półki i przez ułamek sekundy jej twarz stwardniała. Tamta noc nie zostawiła w niej strachu, tylko przekonanie, że los sam potrafi pozbyć się tych, którzy nigdy nie powinni byli dostać magii. - Nie żyją. Prawdopodobnie. Nie byłam w stanie sprawdzić.
Była wtedy zbyt skupiona, by przetrwać. Każdy oddech w tamtej dusznej, gryzącej rzeczywistości liczył się bardziej niż jakakolwiek myśl o innych. A potem, gdy kurz opadł i cisza zaczęła wracać, nie przyszło żadne poczucie winy. Nie było jej żal, że ktoś przez nią umarł. Jak mogło być? Przecież zamierzali ją zabić. W ich oczach widziała tę samą nienawiść, którą w sobie nosili. Nie różnili się od ognia, który rozpełzł się po ulicach.
- Rodolphus - odparła, wzruszając lekko ramionami. - Kojarzysz? Straszny dupek. Założę się, że pomógł mi tylko po to, żeby mieć na mnie jakiegoś haka.
Sama jeszcze nie zdążyła rozgryźć Lestrange'a, bo nie wierzyła w jego altruistyczne pobudki, choć ostatnio jego zachowanie bardzo ją dziwiło i nie potrafiła ułożyć sobie tego w głowie.
- Wiesz, przyzwyczaiłam się do mojego małego życia tutaj. Nie lubię się poddawać, spróbuję wszystkiego - mówiła z determinacją. Co innego, gdyby sama dojrzała do decyzji, by zmienić mieszkanie, a co innego, gdyby została do tego zmuszona przez pożar, którego była ofiarą.
- Dobry pomysł. To odpowiedni moment, żeby wykupić lokal za bezcen - kiwnęła głową, odwracając się do niego, by posłać mu delikatny uśmiech. - Wody? - machnęła różdżką i przywołała butelkę. W tym smrodzie ciężko było zaproponować cokolwiek innego. - O? Jakiego biznesu? - zainteresowała się natychmiast i przysiadła na fotelu, żeby skupić się na szczegółach.
- Cieszę się - nie śledziła dokładnej linii ognia, choć już wcześniej domyślała się, że jego dom zostałby oszczędzony, nawet gdyby znajdował się w Londynie.
- Mugolaki - powiedziała w końcu cicho, prawie mimochodem, tak naturalnie, jakby padało zwykłe stwierdzenie faktu. Głos miała spokojny, ale podszyty chłodem. - Nikt warty uwagi. Kojarzyłam ich z widzenia.
Tkanina zaszeleściła, gdy wsunęła ją z powrotem między inne. Czuć było zapach starego drewna i dymu, tego, który nie chciał zniknąć, przesiąkł każdą tkaninę i każdy kąt tego miejsca.
- Nie zamierzam niczego zgłaszać - dodała i na moment przystanęła, oparła dłoń o krawędź półki i przez ułamek sekundy jej twarz stwardniała. Tamta noc nie zostawiła w niej strachu, tylko przekonanie, że los sam potrafi pozbyć się tych, którzy nigdy nie powinni byli dostać magii. - Nie żyją. Prawdopodobnie. Nie byłam w stanie sprawdzić.
Była wtedy zbyt skupiona, by przetrwać. Każdy oddech w tamtej dusznej, gryzącej rzeczywistości liczył się bardziej niż jakakolwiek myśl o innych. A potem, gdy kurz opadł i cisza zaczęła wracać, nie przyszło żadne poczucie winy. Nie było jej żal, że ktoś przez nią umarł. Jak mogło być? Przecież zamierzali ją zabić. W ich oczach widziała tę samą nienawiść, którą w sobie nosili. Nie różnili się od ognia, który rozpełzł się po ulicach.
- Rodolphus - odparła, wzruszając lekko ramionami. - Kojarzysz? Straszny dupek. Założę się, że pomógł mi tylko po to, żeby mieć na mnie jakiegoś haka.
Sama jeszcze nie zdążyła rozgryźć Lestrange'a, bo nie wierzyła w jego altruistyczne pobudki, choć ostatnio jego zachowanie bardzo ją dziwiło i nie potrafiła ułożyć sobie tego w głowie.
- Wiesz, przyzwyczaiłam się do mojego małego życia tutaj. Nie lubię się poddawać, spróbuję wszystkiego - mówiła z determinacją. Co innego, gdyby sama dojrzała do decyzji, by zmienić mieszkanie, a co innego, gdyby została do tego zmuszona przez pożar, którego była ofiarą.
- Dobry pomysł. To odpowiedni moment, żeby wykupić lokal za bezcen - kiwnęła głową, odwracając się do niego, by posłać mu delikatny uśmiech. - Wody? - machnęła różdżką i przywołała butelkę. W tym smrodzie ciężko było zaproponować cokolwiek innego. - O? Jakiego biznesu? - zainteresowała się natychmiast i przysiadła na fotelu, żeby skupić się na szczegółach.
- Cieszę się - nie śledziła dokładnej linii ognia, choć już wcześniej domyślała się, że jego dom zostałby oszczędzony, nawet gdyby znajdował się w Londynie.