12.11.2025, 17:27 ✶
Wyskoczyłem z wody z całą mocą, wykorzystując moment, w którym druzgotki najwyraźniej uznały swój sukces w złapaniu ofiary, do oderwania się od zimnej otchłani jeziora. Lodowate, nocne powietrze uderzyło w moje płuca gwałtownie, ostry oddech rozdarł mi gardło, a bąble unoszące się wokół mnie nic nie były w stanie ukryć chaosu, który toczył się w moim ciele. Wyglądałem jak wieloryb wyskakujący znienacka ponad taflę, a może jak orka w gniewie - potężny, mokry, pełen adrenaliny, która wciąż buzowała w mięśniach. Nie było w tym żadnej elegancji - tylko czysta, dzika siła, desperacja i ulga, ale chwilowa. Całe ciało pulsowało bólem, wiedziałem, że gdybym nie wyskoczył w tym momencie, to jezioro nie wypuściłoby mnie tak łatwo, ale najgorsze wcale nie było za mną. Czekała mnie jeszcze droga na brzeg.
Chłodna woda spadała z moich ramion, spływała po plecach i twarzy, zamieniając włosy w mokre pasma, które opadały mi na oczy, zasłaniając widok na chwilę. Machnąłem nimi gwałtownie, by dostrzec coś, poza jeziorną tonią, i w końcu zobaczyłem linię brzegową - cel, do którego tak desperacko dążyłem. Serce biło mi jak oszalałe, płuca krzyczały o tlen, który wdychałem łapczywie, czując, że każdy oddech mógł być ostatnim, zanim znowu zniknę pod powierzchnią. Tak się jednak nie stało - druzgotki odpuściły, przynajmniej na tyle, ile potrzebowałem, by spróbować ruszyć do plaży, która zdążyła oddalić się ode mnie, albo to raczej ja od niej, w tym całym zamieszaniu. Miałem do niej kilkanaście metrów w linii prostej - znacznie bliżej, niż do pomostu, który także zmienił położenie, teraz znajdując się na ukos ode mnie.
Każde pociągnięcie nóg i machnięcie rąk było wyczerpujące, znacznie bardziej niż jeszcze chwilę wcześniej. Moje łydki były pocięte, uda podrapane, ślady po druzgotkach ciągnących mnie w dół, ale adrenalina kazała mi ignorować ból. Cały czas gwałtownie wciągałem powietrze, każdy oddech drżał mi w piersi, niosąc ze sobą dźwięki, które mieszały się z chlupotem wody. Charczałem, plując wodą, która dostała się do ust i nosa podczas wynurzania. Szarpnąłem się jeszcze raz, wyczołgując się na ląd, czując szorstkość kamieni i piasku. Na brzegu osunąłem się na kolana, łokciami podpierając ciężar ciała, wciągając powietrze tak głęboko, że niemal się nim zachłysnąłem. Mokre włosy kleiły się do twarzy, a strużki wody spływały po ramionach, biodrach i udach. Spojrzałem w dół na swoje ciało - łydki pocięte, uda posiniaczone i podrapane. Drżące ręce odgarnęły włosy z oczu, którymi zamrugałem. Drobne, ostre pazury druzgotków przecięły skórę, pozostawiając linie czerwieni, które piekły przy każdym ruchu. Chciałem wstać, ruszyć w stronę Prudence, zapewnić ją, że nic mi nie jest, ale moje ciało wciąż było obolałe, każda część mięśni przypominała o wysiłku, uścisku, o głębinach, które próbowały mnie pochłonąć. Wybraliśmy naprawdę romantyczną lokalizację na kąpiel, nie było wątpliwości.
Chłodna woda spadała z moich ramion, spływała po plecach i twarzy, zamieniając włosy w mokre pasma, które opadały mi na oczy, zasłaniając widok na chwilę. Machnąłem nimi gwałtownie, by dostrzec coś, poza jeziorną tonią, i w końcu zobaczyłem linię brzegową - cel, do którego tak desperacko dążyłem. Serce biło mi jak oszalałe, płuca krzyczały o tlen, który wdychałem łapczywie, czując, że każdy oddech mógł być ostatnim, zanim znowu zniknę pod powierzchnią. Tak się jednak nie stało - druzgotki odpuściły, przynajmniej na tyle, ile potrzebowałem, by spróbować ruszyć do plaży, która zdążyła oddalić się ode mnie, albo to raczej ja od niej, w tym całym zamieszaniu. Miałem do niej kilkanaście metrów w linii prostej - znacznie bliżej, niż do pomostu, który także zmienił położenie, teraz znajdując się na ukos ode mnie.
Każde pociągnięcie nóg i machnięcie rąk było wyczerpujące, znacznie bardziej niż jeszcze chwilę wcześniej. Moje łydki były pocięte, uda podrapane, ślady po druzgotkach ciągnących mnie w dół, ale adrenalina kazała mi ignorować ból. Cały czas gwałtownie wciągałem powietrze, każdy oddech drżał mi w piersi, niosąc ze sobą dźwięki, które mieszały się z chlupotem wody. Charczałem, plując wodą, która dostała się do ust i nosa podczas wynurzania. Szarpnąłem się jeszcze raz, wyczołgując się na ląd, czując szorstkość kamieni i piasku. Na brzegu osunąłem się na kolana, łokciami podpierając ciężar ciała, wciągając powietrze tak głęboko, że niemal się nim zachłysnąłem. Mokre włosy kleiły się do twarzy, a strużki wody spływały po ramionach, biodrach i udach. Spojrzałem w dół na swoje ciało - łydki pocięte, uda posiniaczone i podrapane. Drżące ręce odgarnęły włosy z oczu, którymi zamrugałem. Drobne, ostre pazury druzgotków przecięły skórę, pozostawiając linie czerwieni, które piekły przy każdym ruchu. Chciałem wstać, ruszyć w stronę Prudence, zapewnić ją, że nic mi nie jest, ale moje ciało wciąż było obolałe, każda część mięśni przypominała o wysiłku, uścisku, o głębinach, które próbowały mnie pochłonąć. Wybraliśmy naprawdę romantyczną lokalizację na kąpiel, nie było wątpliwości.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)