• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy

[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
12.11.2025, 20:26  ✶  
Nie był to pierwszy raz, gdy planowali zagraniczną wyprawę, która mogła kosztować ich trochę więcej niż standardowe rekreacyjne wyjazdy. I to nie do końca w sensie materialnym, finansowym, mającym na myśli galeony, na jakich brak ostatnio raczej nie mogli narzekać. Nie. Nawet jeśli trudno byłoby powiedzieć, że kiedykolwiek byli poza granicami Wielkiej Brytanii tylko po to, żeby leżeć plackiem w tropikalnym kurorcie, sącząc drinki i okazjonalnie mocząc dupę w ciepłej wodzie. Nie był to bowiem raczej ich styl wypraw. Ambroise zdecydowanie wiedział, że ten wyjazd i tak miał należeć do bardziej wymagających niż zazwyczaj.
Tym razem mieli bardzo konkretną listę celów do osiągnięcia. Nie mogli tak po prostu włóczyć się po górach i lasach, biwakując na łonie natury i tylko raz na jakiś czas schodząc do siedzib ludzkich, aby uzupełnić konieczne zapasy. W żadnym razie nie był to także jego wymarzony wypad w Alpy, gdzie mogliby wynająć górską chatę, spędzając czas przy rozpalonym kominku i urządzając sobie długie spacery. Ba, nawet jeśli w szpitalu zasłonił się chęcią wzięcia kilku wolnych dni, aby spędzić je ze świeżo poślubioną kobietą w ramach miodowego długiego weekendu, nie była to także do końca ich podróż poślubna.
Tym bardziej, że mieszkanie, które udało im się wynająć na kilka dni, jakie mieli spędzić w Rumunii, być może miało mieć dwa osobne pomieszczenia sypialne, ale wchodząc do środka, musieli bardzo szybko zweryfikować swoje oczekiwania. Tak naprawdę, właścicielce chodziło bowiem o sypialnię i salon z tycią kuchnią w aneksie, w którym (niemalże przy samej mocno szumiącej lodówce) stała rozkładana kanapa. Nie dało się ukryć: to było niezbyt duże dla większości ludzi. Dla nich? Wystarczyło powiedzieć, że gdy usiedli przy stole, jego nogi musiały zostać wygięte w naprawdę osobliwy sposób. Reszta towarzystwa również nie mogła raczej narzekać na zbyt mocny komfort.
W tym momencie sporo dałby za możliwość napicia się herbaty z prądem, ale dokonywane przez nich wybory sprawiły, że skończyli z praktycznie miniaturowymi zapasami mającymi wystarczyć im na bardzo cienką kolację i jeszcze cieńsze śniadanie albo na jeden normalniejszy posiłek. Alkohol się w nich nie znalazł, gdyż nawet z kondycją, jakiej raczej nie brakowało żadnemu z nich, niesienie butelek w bagażu nie byłoby łatwą sprawą. Padało, wiało, było zimno i mokro, a mgła, która zdążyła ogarnąć okolicę, dosyć mocno ograniczała widoczność. Łatwo byłoby zgubić się po drodze.
Nie dlatego, że ktokolwiek z nich nie znał się na orientacji w terenie, tylko przez to, że żadne nigdy wcześniej nie było w tej okolicy. Co prawda, rzucili kilka zaklęć na mapę, zanim ruszyli w trasę, aby papier nie przemókł po dwóch minutach, jednakże podmuchy wiatru i szarówka bardzo utrudniały odczytywanie właściwego kierunku. Nawet magia nie była w stanie załatwić wszystkiego, gdy podejmowało się podobne wysiłki. Ale przecież czego nie robiło się, aby zadbać o wspólną przyszłość, czyż nie?
Zadbanie o sytuację z bratem Geraldine było koniecznością, nie wyłącznie opcjonalnym wyborem, który mogli, ale nie musieli podjąć (chociaż niby nic nie musieli, a jednak, ocho). Astaroth sprawiał problemy zarówno samemu sobie, jaki wszystkim najbliższym mu ludziom. Stanowił coraz większe zagrożenie i nikt ani nic, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki, nie mogło tego zmienić. Próbowali, ale bezskutecznie. Wreszcie potrzebowali zaakceptować fakt, że być może ponieśli klęskę i jedyną możliwością było poszukanie pomocy z zewnątrz.
Całe szczęście, Gerard dysponował naprawdę sporą siatką znajomości. Znacznie większą niż Ambroise mógłby kiedykolwiek zakładać, co jednocześnie zdziwiło go i wcale nie było aż takie zaskakujące, gdy uświadomił sobie, że przecież jego teść bardzo dużo podróżował zagranicą, gdy jeszcze był w formie. Teraz nie mógł tego robić już tak łatwo, ale od czego były sowy, czyż nie? Wysłany list spotkał się z na tyle przystępną odpowiedzią, że oto znaleźli się w tym miejscu.
Nie mogli jednak tak po prostu pojawić się w środku nocy pod bramą zamku, posiłkując się świstoklikiem, który by im przysłano. Gospodarz, do którego mieli interes, nie zwykł aprobować takich technologii, poza tym papierologia zapewne zajęłaby im całe wieki. On je miał, tak samo Astaroth, ale oni i człowiek, który odpisał w imieniu swojego szefa? No, już niekoniecznie. Wybrali więc drogę pieszo i przenocowanie nie tak daleko od miejsca docelowego.
Dwadzieścia kilometrów to było zarówno niewiele, jak i sporo, gdy brało się pod uwagę bagaże. Musieli zatem podróżować względnie lekko, licząc na to, że kolejnego dnia po prostu odwiedzą jakiś sklep. Tym bardziej, że mijane przez nich zajazdy były zamknięte na trzy spusty. Roise nie miał zielonego pojęcia, czy działały weekendowo, czy całkowicie zamknięto je na jesień i zimę będącymi niezbyt turystycznymi miesiącami w miasteczku, do którego przyszło im dotrzeć. Całe szczęście, natrafili na naprawdę pomocną gospodynię, opiekującą się nieruchomością, która zapewniła im ciepły posiłek po podróży.
Ten sam, który jakimś cudem udało im się zjeść, nie zderzając się przy tym za mocno łokciami. No cóż. Po tej wyprawie zdecydowanie mieli być ze sobą blisko, zapewne dowiadując się o sobie nawzajem znacznie więcej niż w Exmoor, gdzie było całkiem komfortowo. Upijając łyk herbaty, kiwnął głową.
- Jeśli dalej będzie tak padać, chyba powinniśmy zaczekać aż na dobre zrobi się jasno - stwierdził, jednocześnie patrząc w ciemne okno. - Chociaż nie ma też sensu liczyć na okno pogodowe, bo może nas zastać wieczór. Ósma będzie w porządku? - Zasugerował, rzucając spojrzenie w kierunku reszty towarzystwa.
Mogli trochę odpocząć, dokładnie tak jak mówiła Rina, ale jednocześnie chyba powinni podnieść się na tyle wcześnie, aby szybciej niż później dotrzeć na miejsce. Tym bardziej, że czym innym było pojawienie się u bram tamtego miejsca, czym innym natomiast próba spotkania z osobą, która mogła, ale nie musiała chcieć im pomóc.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (1447), Benjy Fenwick (2294), Geraldine Greengrass-Yaxley (1999)




Wiadomości w tym wątku
[05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.11.2025, 10:08
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.11.2025, 20:26
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.11.2025, 21:35
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.11.2025, 23:00
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.11.2025, 22:56
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.11.2025, 15:20
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.11.2025, 21:15
RE: [05.10.1972, Rumunia] to tu | Geraldine, Ambroise, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.11.2025, 03:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa