12.11.2025, 20:41 ✶
Hrabia Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel.
Ciekawe, czy byłbym w stanie to powiedzieć szybko trzy razy pod rząd, pomyślał Hannibal.
Nie słuchał już dalej pretensjonalnego monologu wampira, skupiwszy się zamiast tego na Jonathanie.
- Ach, jakoś w sierpniu - odpowiedział ogólnikowo - Pan hrabia zapragnął osobiście złożyć mi wyrazy uznania za rolę w “Upiorze w operze” - machnął ręką, jakby jego tête-à-tête z krwiopijcą faktycznie ograniczyło się do kurtuazyjnej rozmowy.
Czy naprawdę Montbel i Jonathan byli przyjaciółmi? A wcześniej… parą?
Powinien być zachwycony rewelacjami o tym, że najwyraźniej jego kuzyn owszem, nie dyskryminuje w swoich afektach nikogo. Ale… nie pisnął mu o tym ani słowa. Ani o wampirzym byłym, skoro już o tym mowa. To przykre i marną pociechą było jego wyraźne zaskoczenie znajomością między Hannibalem a Gabrielem.
Postanowił pozostawić sobie tę kwestię do rozważenia na później. Przeniósł wzrok na Jessiego, próbując złowić jego spojrzenie. Uniósł brew.
Wiedziałeś?
To wszystko było tak absurdalne, tak całkowicie niemożliwe, a jednocześnie idealnie spójne, jakby znajdowali się na kartach powieści albo na teatralnej scenie, a nie w życiu. Miał ochotę prychnąć śmiechem. Rozważał, czy to nie byłaby dobra opcja, ale nie, Gabriel był tak pełen emfazy i patosu, że on powinien zachować spokój. Dla lepszej kompozycji.
Był więc spokojny, mimo, że wspomnienie nadludzkiej siły nieumarłego i kontrastującej z nią delikatności, dotychczas zakopane gdzieś pod Ekstazą Merlina, pod Spaloną Nocą, pod wszystkimi dłońmi, które dotykały go od tamtego czasu, wysunęło się na przód umysłu i obudziło dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Wampir postanowił najwyraźniej udawać, że ich pojedyncza wspólna noc nie miała miejsca. Bardzo dobrze. Hannibal podrapał się odruchowo po szyi i oparł głowę na oparciu fotela, patrząc w sufit. Westchnął. Czuł się trochę wykorzystany, ale nie szkodzi. Drugi raz tego wieczoru przyszło mu do głowy, że nie byłby to pierwszy raz.
Jesteś wart tyle miłości, ile siebie możesz oddać.
Raz za razem okazywało się to prawdą, na scenie i poza nią.
Kawałek za kawałek. Wymieniał swoją duszę i swoje ciało, jak uczniowie Hogwartu karty z czekoladowych żab, za uznanie, za akceptację, za miłość, a czasami… za darmo, po kawałeczku, po troszku. Dobrowolnie i nawet chętnie, bo tak bardzo chciał należeć, chociaż przez chwilę chciany, przez chwilę wystarczająco dobry. A skoro Hannibal Selwyn to było za dużo, skoro nie znajdował się nikt, kto przyjąłby go w całości… to będzie należał do każdego po trochu.
Niektórzy dziękowali uprzejmie za swój kawałeczek i zjadali go z nieskrywaną przyjemnością. Hannibal lubił na to patrzeć. Niektórzy pożerali łapczywie, niemal bez gryzienia, nie pozostawiając ani okruszka. Niektórzy przełykali kąsek i momentalnie zapominali o nim, i tych selwynowa latorośl nie lubiła najbardziej. Hrabia Montbel najwyraźniej należał do tej ostatniej kategorii.
– Jakież to uczucie, móc być przez moment kimś wybitnym? - zapytała go Eugenia Jenkins w noc premiery Ekstazy Merlina, tak, jakby sama nie znajdowała się właśnie w drodze na śmietnik historii.
Przez moment.
Skrzywił się lekko - wspomnienie tych słów wciąż trochę kłuło - i przetoczył głowę po oparciu tak, by wampir znów znalazł się w jego polu widzenia. Ciekawe, czy pamiętał o swojej, poważnej, jak twierdził wtedy, propozycji. Ciekawe, czy gdyby Hannibal poprosił, Gabriel byłby skłonny…
Wyciągnął z kieszeni różdżkę i niedbałym ruchem machnął w stronę barku. Dodatkowy kieliszek wylewitował zgrabnie, choć bez ozdobników z szeregu i z cichym stuknięciem dołączył na blacie do tego wystawionego przez Montbela.
- Ja poproszę - aktor zgłosił zainteresowanie koniakiem. Nie był to jego ulubiony trunek, nawet nie mieścił się w pierwszej trójce, ale trzy piwa to chyba było za mało, by był gotów na to, jak rozwijał się ten wieczór.